Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mąka bezglutenowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mąka bezglutenowa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 maja 2015

BORÓWKOWE CIASTO ŚNIADANIOWE Z PALETNI

Delikatne i puszyste ciastko kokosowo - jagodowe. Zdrowe, smaczne i bez glutenu. Do tego błyskawiczne w przygotowaniu i niezmiernie przyjemne w konsumpcji :) Warto przygotować więcej, niż zamierzacie zjeść, uwierzcie - warto. Znika zdecydowanie szybciej, niż powinno. 








Składniki na 1 porcję:

Ciasto:
  • 1 jajko wiejskie, 
  • 2 łyżki mąki sojowej,
  • 2 łyżki mąki owsianej, 
  • 2 łyżki wiórków kokosowych, 
  • 1/2 szklanki mleka roślinnego, 
  • garść borówek amerykańskich, 
  • 1 łyżka ksylitolu, 
  • tłuszcz kokosowy do smażenia, 
  • szczypta soli morskiej.

Kokosowy cukier puder:
  • 1 łyżka ksylitolu, 
  • 3 łyżki wiórków kokosowych.
do podania: jogurt grecki, listki melisy, kwiaty bzu, świeże borówki amerykańskie.


Przygotowanie: 

Żółtko oddzielić od białka. Dodać do niego obie mąki, wiórki kokosowe, mleko, ksylitol i dobrze wymieszać. Białko ubić ze szczyptą soli na sztywną pianę. Delikatnie połączyć z drugą masą i jagodami. Patelnię rozgrzać na średnim ogniu z odrobiną tłuszczu kokosowego. Smażyć kilka minut pod przykryciem, aż ciastko upiecze się na złoty kolor i zetnie w środku. Delikatnie przewrócić i smażyć jeszcze przez około 1 minutę. 

Ksylitol i wiórki kokosowe umieścić w kielichu blendera. Zmiksować na pyłek. Biszkopt podawać od razu z kokosowym cukrem pudrem, melisą, świeżymi borówkami i listkami melisy. Można udekorować można kwiatami bzu.



Ostatnimi czasy pojawiło się w mojej głowie wiele ciekawych i kreatywnych pomysłów. Mam nadzieję, że po wakacjach przybiorą one realniejszych kształtów i staną się rzeczywistością. Dużo się ostatnio dzieje. Jak to maj i wiosna, wszystko przyspiesza, a życie staje się dynamiczniejsze.

Majówkę spędziliśmy w Krakowie, przechadzając się po mieście w deszczu, chodząc do kina i biorąc udział we wspanialej grze w stylu wyjdź z pokoju w godzinę. Przyznam szczerze, że było to moje pierwsze doświadczenie z tego typu grą i zrobiła ona na mnie niemałe wrażenie. Wybraliśmy pokój postapocalyptia, który samym wystrojem nawiązywał nieco do wnętrz więziennych czy wojennych. Gra opierała się na zagadkach logicznych, dopasowywaniu kodów, haseł i szyfrów i oczywiście na nieszablonowym myśleniu i pracy zespołowej. Jest to fenomenalny sposób na spędzenie wolnego czasu w kreatywny sposób. Warto zebrać zgraną, kilkuosobową grupę i zmierzyć się z wyzwaniem.

Dla zainteresowanych - Challenge Accepted, miejsce, w którym się bawiliśmy.



Wiosna w naszym ogrodzie już w pełni zakwitła. Cieszymy się majowym bzem, tulipanami i zapachem świeżo skoszonej trawy. W planach mamy długie godziny spędzone na grillowaniu i podziwianiu zieleni. Pogoda zachęca do działania i spędzania czasu na powietrzu. Placyk targowy obok naszego domu kusi dojrzałymi owocami i warzywami, mieni się kolorami wiosny. Czy Wy też to czujecie? Tą całą pozytywną energię, którą czerpiemy ze słońca i jego wpływu na naturę? 
Wszystko rozkwita, budzi się do życia. Promienie słoneczne delikatnie grzeją, a lekki wiatr przyjemnie orzeźwia w parne dni. Wiosna jest piękna, a jednak niezwykle krótka. Och, co byśmy dali, aby zatrzymać te cudowne dni na znacznie dłużej. Albo, żeby cieszyć się nimi o wiele wcześniej. 

Jest to zdecydowanie jedna z najbardziej wyczekiwanych pór roku. Po długich, depresyjnych miesiącach bez słońca i przyjemnej temperatury nasz organizm odżywa. To, co istotne, to aby pamiętać, że nasz ciało w ciągu wiosny ma nieco inne potrzeby niż zimą. Podstawową sprawą przestaje być ogrzanie i dokładne odżywienie organizmu, ale zmiana menu na lekkie i pełne sezonowych owoców i warzyw. To najlepsza pora roku na detoks czy długofalową dietę oczyszczająca. Dzięki dostępnym produktom staje się to dużo prostsze, niemal instynktowne. To właśnie teraz najczęściej sięgamy po zdrowe przekąski, zawierające dużo witamin, a unikamy ciężkiego i tłustego jedzenia, które jakoś nam "nie pasuje". Nasz organizm sam sugeruje nam, co jest dla nas dobre i właściwie. Mimo, że od siedemnastowiecznego życia zgodnie z prawami natury trochę się zmieniło, akurat o tą jedną rzecz warto dbać. Sezonowość menu.




wtorek, 7 kwietnia 2015

BEZGLUTENOWE PLACKI Z CUKINII Z ŁOSOSIEM WĘDZONYM

Placki z łososiem to świetny pomysł na lekki wiosenny obiad na świeżym powietrzu. Jeśli lubicie wszelkiej maści placuszki, to to danie z pewnością spełni Wasze oczekiwania, a kto wie - może wejdzie do Waszego repertuaru na stałe? Ja natomiast, publikuję przepis dla Kasi. Dotychczas zawsze robiłam placki "na oko", ale głos rozsądku z zewnątrz podpowiedział, że czas uporządkować go i spisać. Jest to nieco zmieniona wersja, bezglutenowa, ale równie pyszna. Smacznego!





Składniki na 10 placuszków:
  • 1 mała cukinia, 
  • 1 jajko wiejskie, 
  • 3/4 szklanki mąki ryżowej, 
  • 1/2 szklanki mąki owsianej, 
  • 3/4 szklanki mleka ryżowego, 
  • 4 łyżki startego sera długo dojrzewającego,
  • szczypta lubczyku suszonego, 
  • sól morska, 
  • tłuszcz kokosowy lub masło klarowane do smażenia.
do podania: wędzona polędwica z łososia, kwaśna śmietana, świeży koperek, cytryna, maślanka do picia

Przygotowanie:

Cukinię umyć i zetrzeć na tarce, na grubych oczkach. Wbić do miski jajko, dodać sól i lubczyk, wymieszać. Wlać mleko ryżowe i dodać starty ser. Na koniec przesiać obie mąki do miski i dokładnie wymieszać składniki. Placki smażyć na odrobinie tłuszczu, na patelni z nieprzywieralną powłoką, na złoty kolor. Podawać z łososiem i śmietaną. Do picia koniecznie maślanka! 
 

Placki przygotowałam po raz ostatni jakieś 2 tygodnie temu, tuż przed wyjazdem na Święta, ale nie miałam czasu się nimi podzielić na blogu. Dzisiaj, po 10 dniach wspaniałych i ekscytujących przeżyć, wróciłam. Jestem jeszcze nieco zmęczona podróżą, ale musiałam jak najszybciej zająć się tym "zalegającym" przepisem, bo po Semana Santa mam w głowie tysiące pomysłów na wypróbowanie wielu nowych, a czasem nienowych dań, podanych w nieoczywisty sposób.

Hiszpania, jak zawsze, powitała mnie słońcem i gorącem. Swoją pyszną kuchnią i hiszpańskim żywiołem. Miałam okazję poopychać się moimi ulubionymi daniami, ale też na spróbować czegoś nowego. Dość ciekawym przeżyciem i z pewnością smakiem, wartym zapamiętania była torrija - typowy deser z okresu Wielkiego Tygodnia. To po prostu chleb, namaczany w winie lub anyżu, maczany w jajku i smażony, podawany z cukrem, cynamonem i gęstym sosem miodowym, w którym najczęściej pływa. Kolejną ciekawą potrawą był espinacas con garbanzos czyli szpinak z ciecierzycą. Pyszny i kremowy, smakował absolutnie wszystkim, nawet tym, którzy regularnie unikają warzyw. Innymi flagowymi daniami, które można było spróbować był dorsz w typowym guiso, tortitas de camarones czy caracoles czyli po prostu ślimaki - tak, typowe danie kuchni Andaluzyjskiej.


Oczywiście święta w Sewilli to nie tylko jedzenie! To procesje, kwitnące drzewa pomarańczowe, upał i tłum ludzi na ulicach spieszących zawsze w tą samą stronę. I kadzidło, które bez przerwy czuć w całym starym centrum. Hiszpanie swój sposób celebracji świąt zawdzięczają z pewnością swojemu temperamentowi i klimatowi (który moim zdaniem leży u podstawy wielu różnic kulturowych między Polską a Hiszpanią). Katolicyzm nie jest u nich praktykowany i rozumiany tak, jak u nas. Dlaczego Hiszpanie mieliby chodzić do kościoła w Wielki Tydzień, skoro to kościół przyjdzie do nich - wyjdzie na ulice? Nie odbywają się msze, nabożeństwa. Maja miejsce za to wielogodzinne procesje, które podziwiają dziesiątki tysięcy Sewilczyków i turystów. Jeśli już wybierają się do kościoła, to po to, aby zobaczyć przepiękne, okrutnie ciężkie figury przedstawiające Jezusa i Maryję, które chętni noszą na swoich ramionach. Hiszpanie z pewnością nie praktykują wiary regularnie, ale za to przeżywają święta znacznie głębiej, niż Polacy. Muzyka, ruch, który towarzyszy majestatycznym procesjom często wzrusza do łez i skłania do przemyśleń. W procesjach nie idzie praktycznie nikt, poza nazarenos i penitentes, którzy pokutują, dziękują lub proszą o łaski. Często uczestniczą w nich bez butów lub zupełnie boso, idąc godzinami przez ulice miasta. Wreszcie długo za nimi wyłaniają się pasos i palios, przeplatane mini orkiestrami, zwanymi bandas, które dodają powagi, majestatu, ale także sterują tempem i sekwencją kroków niesionych figur. Cała esencja Wielkiego Tygodnia polega na zobaczeniu jak największej liczby procesji, a w szczególności właśnie tych figur. Tym żyją wszyscy mieszkańcy, całe miasto, a właściwie to cała prowincja.

Sewilczycy, jak szaleni, biegają od punktu do punktu, aby zobaczyć przechodzące procesje w najbardziej strategicznych punktach starego miasta i okolic. Drugą opcją jest wykupienie sobie krzesła, które przylega do tzw. carrera oficial czyli zbioru ulic, przez które przechodzą wszystkie procesje. Jedno krzesełko, bagatela, kosztuje nawet do 700 złotych, tak więc - jest co oglądać!


Planując spędzenie świąt w Sewilli warto pomyśleć o tym wcześniej i zarezerwować nocleg z odpowiednim wyprzedzeniem. Dobrze zakwaterować się w ścisłym centrum, bo na okres Wielkiego Tygodnia wjazdy i wyjazdy z i do starego miasta są bardzo utrudnione. Jeśli więc jesteście samochodem lepiej od razu zaparkować go w garażu hotelu i zostawić tam aż do wyjazdu. Dobra wiadomość jest taka, że wszystko da się spokojnie obejść na nogach. Dla leniwych są jeszcze taxówki :) 

Koniecznie zaopatrzcie się w wygodne buty i przewiewne ubrania - o szóstej wieczorem stałam w 38 stopniowym upale w lnianym garniturze i trzysta razy roztopiłam się na miejscu, wsiąknęłam w chodnik i zmaterializowałam się z powrotem. Warto też zawsze mieć ze sobą butelkę wody i wachlarz, choć ten młodym dziewczynom ponoć nie przystoi.


Wracając jednak na chwilę do placków. Wypróbujcie także wersje z maślanką i/lub proszkiem do pieczenia. Będą one wtedy znacznie bardziej puszyste. Jeśli nie macie ochoty na wersję bezglutenową, wystarczy, że zamienicie mąkę na orkiszową czy pszenną pełnoziarnistą lub też nie. Możecie podawać je na ciepło i na zimno. Uważajcie jednak, aby placuszki nie zaabsorbowały zbyt dużej ilości tłuszczu. Najlepiej delikatnie osączyć je na ręczniku papierowym, aby ten wchłonął nadmiar masła czy oleju kokosowego.

Smacznego!


niedziela, 15 marca 2015

BEZGLUTENOWE PLACKI OWSIANE Z KONFITURĄ Z PAPAI


Każde danie ma jakąś historię - czasem długą i bogatą, a czasem nie ma po prostu co opowiadać. Tu można by jedynie powiedzieć tyle, że papaja, którą kupiliśmy w supermarkecie okazała się gorzka i niesmaczna. Musieliśmy przejść do planu awaryjnego  i tak powstała marmolada z papai. A właściwie to raczej przesmażone owoce albo w ogóle nie. Właściwie, to wygląda jak paprykarz szczeciński. 



Składniki na 3 porcje:

Placki:

  • 1 - 1,25 szklanki mleka ryżowego, 
  • 1 jajko wiejskie, 
  • 1 szklanka mąki owsianej, 
  • 1/2 szklanki płatków owsianych, 
  • 1/2 szklanki mieszanki mąk bezglutenowych,
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia (bezglutenowego, jeśli to wymagane),
  • szczypta soli.

Marmolada z papai:
  •  1/2 dojrzałej papai, 
  • 1 łyżeczka cukru z prawdziwą wanilią, 
  • 1 łyżka tłuszczu kokosowego, 
  • 2 łyżki syropu z agawy, 
  • kilka kropel soku z cytryny.
do podania: świeże listki bazylii, orzeszki piniowe. 


Przygotowanie:

Najpierw przygotować konfiturę. Papaję przekroić, wyłuskać pestki, obrać i pokroić na małe kawałeczki. Na patelni rozgrzać tłuszcz kokosowy, wrzucić papaję, dodać cukier waniliowy i smażyć przez chwilę. Dodać syrop z agawy i sok z cytryny i smażyć jeszcze przez 10 minut na wolnym ogniu pod przykryciem. Mieszać od czasu do czasu i częściowo rozgnieść owoce. Pod koniec gotowania odsłonić pokrywkę i odparować płyn. Przełożyć do czystego, wyparzonego słoika. 

Mąki przesiać do miski z proszkiem do pieczenia i solą. Dodać płatki owsiane. W drugim naczyniu wymieszać mleko i jajko. Suche składniki połączyć z mokrymi. Smażyć niewielkie placuszki na suchej patelni naleśnikowej. Podawać na ciepło z konfiturą, świeżą bazylią i orzeszkami piniowymi.



Ostatecznie nasza marmolada z papai wyszła bardzo przyzwoicie. To tylko dowodzi temu, że nie ma produktów i dań, których nie da się uratować. Na wszystko jest sposób. Najgorzej radzić sobie właśnie z goryczką, bo jej niewiele może pomóc. W końcowym rozrachunku jednak smarowidło przypomina w przestrzeni smakowej typowy dżem pomarańczowy - z nutką goryczy, a podobno to ona sprawia, że nasze dania stają się naprawdę dorosłe.  

Z papają historia zaczęła się następująco. Po powrocie z Kuby planowałam sobie, że kupimy kilka typowych produktów i zrobimy sobie nasze a'la kubańskie śniadanie, co było o tyle absurdalne, że jedzenia w hotelu mieliśmy okropne. W każdym bądź razie do tego była nam potrzebna papaja. Kupiliśmy 1 dorodną (a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało), sztukę za złotych trzydzieści, groszy zero (!). Kiedy przyszło do porannego sobotniego śniadania, komisyjnego krojenia papai i okolicznościowych braw, wydawało się, że nic nie może zmącić naszego szczęścia. Do czasu, kiedy spróbowaliśmy naszej zdobyczy. Powiedzieć, że owoc był rozczarowujący, to daleko posunięty eufemizm. Tego nie dało się zjeść! Papaja była gorzka i... gorzka - dno. Pierwszą połowę posłodziliśmy syropem klonowym i jakoś ją przełknęliśmy. Drugą zostawiliśmy na okolicznościowe przetwory.

Byłam bardzo zaskoczona, bo owszem zdaję sobie sprawę, że owoce tropikalne, które trafiają do naszych sklepów przyjeżdżają z bardzo daleka i kiedy są zrywane niczym nie przypominają owoców. Rozumiem też, że papaja nie każdemu może smakować, bo a) jest mało słodka, b) różne sztuki mogą smakować zupełnie różnie i wreszcie c) bywają gorzkie. No, ale przysłowiowe, bez jaj!

 

Poza tym, nasze przeboje z papają zaczęły się już na Kubie. Tam, jak wiadomo, niekoniecznie wszystko jest, a raczej wszystkiego nie ma (powiedzenie, że nie ma niczego, to już jednak za dużo). Przez pierwsze trzy dni owoce, które nam serwowali były mocno niedojrzałe. Gujawy były ledwo różowe, a papaje, mimo, że pomarańczowe, to miały jedynie konsystencję - na smak trzeba było poczekać. Potem było już nieco lepiej, przynajmniej, jeśli chodzi o owoce.

A tymczasem mamy już nauczkę - nigdy więcej papai z niewiadomego pochodzenia w polskim supermarkecie. A przynajmniej ostrożnie...

Smacznego!


środa, 11 marca 2015

BEZGLUTENOWE BABECZKI OWOCOWE Z KOKOSOWĄ BITĄ ŚMIETANĄ

Desery i słodycze są bardzo ważną częścią naszej diety. Podobno wykluczając je z jadłospisu możemy mieć tendencję do bycia bardziej sfrustrowanymi i narażonymi na złe samopoczucie. Dzieje się tak, dlatego, że nasz mózg odbiera informację o tym posiłku jako o nagrodzie. Jej brak w długim okresie czasu będzie sygnałem do niezadowolenia. Oczywiście to tylko moja teoria, która może całkowicie mijać się z prawdą albo jest kompletnie zmyślona?






Składniki na 6 babeczek:
  • 100 g mąki kukurydzianej, 
  • 1 łyżeczka bezglutenowego proszku do pieczenia, 
  • 50 g wiórków kokosowych, niesiarkowanych,
  • 2 jaja wiejskie, 
  • 2 łyżki tłuszczu kokosowego, 
  • 1/3 szklanki jogurtu, 
  • 1 łyżeczka cukru z prawdziwą wanilią (nie cukru wanilinowego), 
  • 10 wydrylowanych daktyli suszonych, 
  • 1 jabłko, 
  • 1 gruszka, 
  • 1 łyżka syropu klonowego, 
  • szczypta soli morskiej,
  • 165 ml bardzo zimnego mleczka kokosowego bio,
  • 2 łyżki ksylitolu, 
  • garść orzechów nerkowca.

Przygotowanie:

Piekarnik nagrzać na 200 stopni. Mąkę przesiać do miski z proszkiem do pieczenia. Dodać wiórki kokosowe, cukier waniliowy i szczyptę soli, wymieszać. Jajka wbić do osobnego naczynia, dodać rozpuszczony tłuszcz kokosowy, jogurt, drobno posiekane daktyle i starkowane jabłko i gruszkę, wlać syrop klonowy i wymieszać. Składniki suche wymieszać z mokrymi do uzyskania jednolitej konsystencji. Masę przełożyć do sylikonowej formy na muffiny i piec 25 minut.

W trakcie pieczenia wykonać masę do dekoracji babeczek. Mleko kokosowego przełożyć do dużej miski (nie dodawać wodnistej części, jeśli jest!). Dodać 2 łyżki ksylitolu i szybko zmiksować. Schować do lodówki.

Babeczki wyjąć, pozostawić do całkowitego wystudzenia. Podawać z kremem kokosowym i posiekanymi orzechami nerkowca. 


Ten wypiek jest naprawdę niezwykły. Struktura ciasteczek jest luźna, krucha, a kokosowa pianka słodka i miękka. Są niesamowicie... kobiece. W ogóle, muffiny jako wypiek są nasycone żeńskimi atrybutami. Może dlatego też po polsku są nazywane babeczkami?

Tylko właściwie dlaczego? Co mają w sobie takiego, że kojarzą nam się tak silnie z kobiecością? A może zastanówmy się nad czymś innym - czym dla nas jest kobiecość? 
Musimy zgodzić się, że zauważamy i akceptujemy pewne różnice między płciami na płaszczyźnie biologicznej, ale co ze stroną emocjonalną? Jakie są kobiety, a jacy są mężczyźni? I wreszcie - jakie role w społeczeństwie zostały im przypisane, jak są oni przez nas postrzegani. Jeśli więc mówimy, że kobiety są dobrymi matkami, są wrażliwe, skłonne do okazywania emocji, delikatne, niezdecydowane itd. wpadamy w niebezpieczny ciąg skojarzeń, stworzony przez białych mężczyzn do kategoryzowania i postrzegania przez nich świata. Tylko dlaczego, skoro zgadzamy się, że kobiety są równe mężczyznom (w imię feminizmu umiarkowanego), to nadal szufladkujemy się i co gorsza pozwalamy szufladkować się innym. Nie wolno dać się określać w żaden sposób, prowadzi to do niebezpiecznych procederów, choćby przysłowiowego szklanego sufitu. 

Także mężczyźni stali się ofiarami kulturowego postrzegania płci, czyli terminu tyle gorącego, co kompletnie niezrozumiałego w Polsce - gender. Sami często nie spełniają kryteriów czy warunków, których "wymaga od nich bycie mężczyzną". Otóż, wyobraźmy sobie sytuację - młody mężczyzna, na kierowniczym stanowisku rezygnuje z pracy, aby zostać na urlopie tacierzyńskim z małym dzieckiem, podczas gdy jego partnerka spełnia się zawodowo. Nawet, jeśli byłoby to wolą mężczyzn, to musieliby oni pokonać drugi, ogromny opór - presję społeczną. Bo przecież kto to widział! Ostatecznie to mężczyzna ma być tygrysem, a kobieta małą, słodką kotką.

Naturalnie, nie chce zmieniać Waszych poglądów. Chcę jedynie zwrócić uwagę na sposób, w jaki my odgrywamy rolę w kształtowaniu się świata. Każdy z nas, codziennie pisze coś na kartach historii. Może jeśli już dzisiaj zaczniemy używać terminów takich jak ministra czy socjolożka, dla naszych dzieci przestaną one brzmieć co najmniej dziwnie.

Dla zainteresowanych tematyką szeroko pojmowanej kobiecości, wrzucam interesującą listę książek i filmów, dotykającą problematyki handlu kobietami. Znalazłam ją w internecie i nie wiem, kto jest jej autorem. Do wglądu jest tutaj.


Zmieniając już temat na nieco luźniejszą dyskusję, zdradzę Wam, że dzisiejsze śniadanie zjadłam w łóżku. O tak, środy są dla mnie niesamowicie łaskawe - do południa mam czas tylko dla siebie. Postanowiłam więc wstać wcześnie rano i upiec muffiny. Miało to swój głębszy kontekst, bo piekłam je już po raz drugi w tym tygodniu. Pierwsza wersja wymagała małego tuningu i teraz, po uzyskaniu idealnej wersji, jestem gotowa, aby Wam ją pokazać. 

Od razu zastrzegam, że babeczki są mało słodkie. Przełamuje je dość słodki krem kokosowy, który radzę dawkować ostrożnie. W ogóle, z ksylitolem musimy uważać, bo bardzo łatwo jest nim przesłodzić. Cukier brzozowy ma właściwości higroskopijne, a więc wchłaniającą wilgoć. Co za tym idzie, kiedy początkowo posłodzimy nim naszą śmietankę będzie miał krystaliczną formę, jednak kiedy się rozpuści będzie ona znacznie słodsza, niż na początku. Wiem, bo sama zaczynałam od przesładzania... Człowiek uczy się na błędach! :)


Babeczki są bardzo zdrowe. Nie zawierają mąki pszennej ani białego cukru. Są za to pełne owoców i znacznie lepszych zamienników - tłuszczu kokosowego czy syropu klonowego. Do tego kokosowa bita śmietana nie ma nic wspólnego ani ze śmietaną, ani z masłem. Można więc zajadać się bez najmniejszych obaw o swoją linię, a mimo to, jak na tak "postne i dietetyczne" słodycze, cieszyć się ich wyśmienitym smakiem.

Jeśli chcemy je zmodyfikować i usunąć z nich jajko możemy zastąpić je rozgniecionym i namoczonym siemieniem lnianym, jeśli natomiast interesuje nas wersja bez produktów mlecznych zamiast jogurtu możemy użyć gęstego sosu jabłkowego. Ponadto muffiny mogą być wypełnione sezonowymi owocami. A więc jak już nacieszymy się wszystkimi owocami letnimi, bez obaw możemy zapiekać je w babeczkach - też świetnie wyjdą. 

Smacznego!





wtorek, 9 grudnia 2014

BEZGLUTENOWE NALEŚNIKI ORZECHOWE

Zawsze byłam dość łaskawa, jeśli chodzi o drzewa w naszym ogrodzie. Starałam się zbierać z nich orzechy i jabłka, ot tak, żeby nie było im za ciężko. Zbierałam też to, czym zechciały się ze mną podzielić. Problem pojawił się dopiero w momencie, kiedy uświadomiliśmy sobie, że nie jesteśmy w stanie przejeść naszych dóbr naturalnych i rozpoczął się gorączkowy proces rozdawania orzechów i jabłek. Jesienią w naszym domu wszystko kręci się wokół tych produktów, nawet naleśniki, którym wychodzi to na dobre.





Składniki (na ok. 10 sztuk):
  • 1 szklanki mąki owsianej, 
  • 1 szklanka mąki orzechowej*,
  • 3 łyżki mąki ziemniaczanej,
  • 1 jajko wiejskie, 
  • 1 szklanka mleka roślinnego, 
  • 1/2 szklanki wody gazowanej,
  • 2 łyżki oliwy z oliwek,
  • szczypta soli morskiej.
* - można użyć gotowej mąki lub zrobić ją samodzielnie. Wystarczy zmielić wyłuskane orzechy włoskie (u mnie 3:1 z pistacjami) w młynku do kawy lub ręcznym młynku do mielenia.

Przygotowanie:

Wszystkie mąki dokładnie wymieszać, dodać jajko, mleko i wodę. Wlać oliwę i doprawić solą. Zmiksować lub wymieszać na gładką masę. Naleśniki smażyć na oliwie, tłuszczu kokosowym lub suchej patelni aż się zarumienią. Masa jest dość gęsto i trudna do rozprowadzenia, warto więc nalewać ją powoli i od razu rozsmarowywać równomiernie po patelni (najlepiej za pomocą specjalnej szpatułki).


Naleśniki fantastycznie smakują podane z granatem lub masłem orzechowym, co dodatkowo podkręci ich smak. Wychodzą bardzo delikatne, ale o wyczuwalnym aromacie orzecha. Są dobrym pomysłem dla osób na diecie bezglutenowej lub ograniczającej pszenicę. Nadają się zarówno na słono, jak i na słodko. Absolutnie w niczym nie ustępują tradycyjnym naleśnikom z białej mąki. Zresztą i tak nie ma to znaczenia.

U nas w domu już dawno temu ograniczyliśmy sporo spożycie zwykłej, białej mąki. Zamieniamy ją różnie. Najczęściej pojawiające się u nas mąki to: ryżowa, gryczana, sojowa, orkiszowa (jasna i ciemna), żytnia razowa, orzechowa, kokosowa czy kukurydziana. Nie unikamy glutenu (a przynajmniej nie bezpośrednio), tylko mąki pszennej, która nam nie służy. Zdarza się jednak, że od czasu do czasu na naszym stole ląduje chleb z dodatkiem pszenicy czy makaron z mąki durum. Ale to nic. Naszą żelazną zasadą jest umiar, a więc jest także moment na wyjątki. Nie chcemy w końcu popaść w paranoję :)


Jednym z takich wyjątków będą właśnie święta Bożego Narodzenia. Długo wyczekiwane, ukochane święta... Sprawa jest o tyle skomplikowana, że przy naszym stole w tym roku zasiądzie 8 osób. Osoby w różnym wieku, o różnych poglądach, wreszcie - mówiące różnymi językami. Nie chciałam być hm... egoistką (?) i przymuszać wszystkich do mojej ideologii, nie dając im wyboru. Tak więc w wigilię na naszym stole pojawią się normalne pierogi, normalny makaron i normalne kluski.

Co pojawi się oprócz tego?

Cóż, w naszej tradycji zawsze mniej więcej trzymaliśmy się tych samych dań. Oczywiście król wigilijnego stołu: barszcz czerwony z uszkami z suszonych grzybów oraz prawdziwa zupa grzybowa serwowana z makaronem. Poza tym dwa rodzaje karpia: smażony na maśle i pieczony w sosie pietruszkowym. Do tego kapusta smażona z suszonymi grzybami, groch z kapustą i fasola z suszoną śliwą. Potem wchodzą pierogi: ruskie, z kapustą, z wędzonym łososiem oraz pieczarkami i serem kozim. W tym roku dochodzą do tego jeszcze te z makiem i daktylowo - serowe. Na deser oczywiście kutia (z pszenicą!) i kompot z suszu. 
Pojawiają się także ciasta, na które nikt nie ma już ochoty: słynny tort orzechowy, makowce warszawskie, piernik staropolski i małe pierniczki, kruche. Poza tym babeczki i inne ciasta, co roku inne. 

Jedzenia wydaje się być dużo za dużo, ale ostatecznie i tak bardzo szybko schodzi! Powiedziałabym nawet, że zbyt szybko.



poniedziałek, 8 grudnia 2014

BEZGLUTENOWE PLACKI Z ZIELONEGO GROSZKU

Placuszki są bardzo pyszne, niezwykle puszyste i delikatne. Trudno było im się oprzeć. Równie dobrze smakują same, jak i z akompaniamentem. Można podawać je z delikatnymi dodatkami (np. śmietaną, serem) lub wyrazistszymi w smaku jak chorizo, biały ser i kminek czy serek kremowy i pomidor. Śniadanie gotowe w kilkanaście minut - i o to chodzi!







Składniki:
  • 1,5 szklanki zielonego groszku (świeżego, mrożonego lub konserwowego bio),
  • 1 jajko wiejskie, 
  • 1/2 szklanki maślanki, 
  • 1/2 szklanki mąki kukurydzianej, 
  • 1/2 szklanki mąki owsianej, 
  • 1 garść koperku, 
  • szczypta soli morskiej, 
  • sól morska, 
  • pieprz świeżo zmielony, 
  • 2 łyżki oliwy z oliwek extra virgin.
podawać z ulubionymi dodatkami


Przygotowanie:

Groszek ugotować lub odcedzić (jeśli jest z puszki). Zmiażdżyć na "mus". Dodać obie mąki, maślankę, jajko, koperek oraz przyprawy, wlać oliwę. Wszystkie składniki dokładnie wymieszać. Smażyć ok. 1 minutę na stronę na średnim ogniu. 


Doskonale rozumiem, że często kupujemy groszek konserwowy - można go bardzo długo trzymać, praktycznie w każdych warunkach, no i jest gotowy do spożycia zaraz po odcedzeniu. Ok, zgadzam się to jest ważne. O ile nie jesteś gosposią (gosposiem :)), bez dzieci i obowiązków zawodowych, to możesz pozwolić sobie na całodzienne siedzenie w kuchni, ale większość z nas nie ma na co dzień na to czasu. Świat się nie zawali ani Twoje zdrowie nie zrujnuje, jeśli od czasu do czasu zjesz jakąś konserwę z supermarketu - byle nie zbyt często. Taki groszek na przykład jest przechowywany nie w wodzie, a zalewie wodnej - z solą i cukrem! Po co to nam? Poza tym nie zastąpi to smaku pysznego, zielonego groszku...


Przy tego typu daniach przyda się Wam talent do dekorowania mini kanapeczek! Przygotowywaliście kiedyś jakąś imprezę/bankiet/uroczystość? Ciężko sobie wyobrazić tego typu event bez finger food. Tak więc, podobnie jak z kanapeczkami, spróbuj z plackami - daj ponieść się fantazji, zacznij od sprawdzenia, co masz w lodówce. Przyda się praktycznie wszystko! Ma być wesoło, kolorowo, smacznie i zdrowo!


Placki mają naprawdę niezwykłą konsystencję. Można podawać je od razu lub przygotować wcześniej. Doskonale sprawdzą się na wszystkie przyjęcia jako substytut wszelkiego rodzaju kanapeczek (jak wyżej). Można podawać je na ciepło i na zimno. Na wykałaczce lub bez. Na śniadanie, obiad lub kolację. Warto też spróbować tych placuszków jako substytut chleba, robiąc sandwicha... w tej grze wszystko jest dozwolone!