Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kokos. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kokos. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 grudnia 2015

POMARAŃCZOWA OWSIANKA Z MANGO I KOKOSEM


Co powiecie na pyszną, sycącą pomarańczową owsiankę z nutką kokosa, mango i bananem? To nie wszystko, jest jeszcze świeża melisa i chrupiąca quinoa. Słowem, same pyszności w bardzo zdrowym wydaniu. Ktoś jeszcze nie jadł dzisiaj śniadania?


Składniki na 3 porcje:
  • 1 łyżka oleju kokosowego, 
  • 9 łyżek płatków owsianych, 
  • sok z 1 pomarańczy, 
  • 2 szklanki mleka owsianego, 
  • 3 łyżki wiórków kokosowych,
  • 1 łyżka syropu z agawy, 
  • szczypta mielonego imbiru i kardamonu.
do podania: plastry świeżego mango, banana, pomarańczy, prażone wiórki kokosowe i quinoa puffs, listki melisy.

Przygotowanie:

Olej kokosowy rozgrzać w rondelku z grubym dnem. Wsypać płatki owsiane i prażyć przez chwilę. Zalać sokiem z pomarańczy i gotować około minutę. Wlać mleko, dodać wiórki kokosowe, syrop z agawy i przyprawy, zmniejszyć ogień. Gotować ok. 10 minut, co jakiś czas mieszając.

Podawać na ciepło, z owocami, melisą, prażonym kokosem i chrupkami quinoa.


Ta owsianka to chyba jedno z moich ulubionych śniadań na słodko. Jej podstawowa forma, z tłuszczem kokosowym i dodatkiem syropu z agawy jest doskonałą bazą do wielu kompozycji smakowych. Jeśli pominiemy słodzidło, to śmiało można przyrządzić owsiankę w wersji wytrawnej, np. z awokado, pomidorem i czarnym sezamem, brzmi dobrze, prawda?


Płatki owsiane, niezależnie od wybranego przez nas rodzaju są cennym źródłem białka i błonnika. Jeśli w sklepie łapiecie się za głowę, zastanawiając się, które tak właściwie są najlepsze - zwykłe, górskie, błyskawiczne czy może otręby, pamiętajcie o jednym: ich wartości odżywcze są tak naprawdę podobne. Najlepiej wybierać oczywiście te najmniej przetworzone, które mają najniższy indeks glikemiczny. Nie należy jednak obsesyjnie unikać błyskawicznych płatków owsianych, które mogą niejednokrotnie uratować nas, kiedy mamy na przygotowanie, zjedzenie i posprzątanie po śniadaniu dosłownie 3 minuty. 

Co więcej, zachęcam Was do jedzenia owsianek nie tylko rano. Warto czasem się przemóc i spróbować jej w wersji wytrawnej na obiad czy kolację. Dodajcie Wasze ulubione dodatki i cieszcie się wspaniałym smakiem, zamieniając popularniejsze risotto czy kaszotto nas coś nowego.


Smacznego!



sobota, 11 lipca 2015

CARROT CAKE SMOOTHIE

Czy to możliwe, ze można jeść ciasto marchewkowe bez wyrzeczeń, bez wyrzutów sumienia, bez ograniczeń? Oczywiście, że tak - wystarczy sięgnąć po jego zdrowszą wersję, smoothie inspirowane popularnym deserem podbije serca wszystkich łakomczuchów, dbających o linię. Koniecznie do wypróbowania!








Składniki na 4 porcje:
  • 1 szklanka tartej marchewki, 
  • 1 szklanka mleka migdałowego o smaku kokosowym, 
  • 1 dojrzały banan, 
  • 1/2 szklanki beztłuszczowego jogurtu naturalnego, 
  • 1 łyżeczka cynamonu, 
  • 1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej, 
  • 2 łyżki syropu klonowego*, 
  • kilka kropel aromatu waniliowego.
do podania: tarta marchewka, jogurt naturalny, orzechy pecan, rodzynki, pestki dyni

* - można dosładzać lub nie. Wszystko zależy od słodyczy banana i ewentualnej goryczy marchewki. Jeśli decydujecie się na słodzenie użyjcie syropu klonowego lub miodu. Można też zastąpić je 3-4 dużymi daktylami.


Przygotowanie:

Wszystkie składniki umieścić w kielichu blendera i zmiksować na gładki koktajl na najwyższych obrotach. Przelać do szklaneczek. Każdy deser udekorować kleksem jogurtu, tartą marchewką, orzechami pecan, pestkami dyni i rodzynkami. Podawać od razu lub dodatkowo schłodzić przed podaniem.


Uwaga, koktajl jest naprawdę wspaniały. Będziecie zachwyceni, choć pewnie znajdą się i tacy, którzy stwierdzą, że smoothie nijak się ma do ciasta marchewkowego. No i ci, tzw. Oni, będą mieli rację. Ten deser to jedynie inspiracja smakami, a nie ich kopia zmiksowana i włożona do szklanki, żadna też surowa wersja carrot cake (no, w końcu od mąki i sody dostalibyśmy bólu brzucha) - nie. Jeśli spodziewacie się dokładnie tego samego smaku, możecie być rozczarowani. Smakuje po prostu inaczej. Koktajl ma bardzo intensywny aromat, jest słodki i ma kremową konsystencję (o ile dobrze go zblendujecie!). Wspaniale smakuje w temperaturze pokojowej, jak i schłodzony. Najlepiej obniżać jego temperaturę poprzez trzymanie w lodówce, a nie dodawanie lodu, bo smak smoothie znacznie się "rozrzedzi" i może stać się mniej intensywny. Kruszony lód lepiej zostawić sobie na inne okazje.

Zresztą... sam smak to nie wszystko. Liczy się też sposób podania i konsumowania. Najlepiej koktajl jeść łyżeczką, a nie pić przez słomkę, chrupiąc orzeszki osobno... W ogóle, najwspanialej byłoby usiąść z ukochaną osobą w wygodnym fotelu na tarasie i zapodać sobie cichy, zmysłowy jazz, grany - oczywiście - ze znakomitej jakości kolumn. Wtedy można się tym deserem tak naprawdę delektować. Odnaleźć w każdej łyżeczce wszystkie jego nuty smakowe, napawać się delikatnym aromatem marchewki, poczuć lekkie pieczenie cynamonu i docenić chrupkość orzechów... 

Tak, moi kochani, takie detale robią różnice.



Upał, jak mówię, definiuje życie Amerykanów z południa. Słońce i temperatura determinują ich życie w wielu aspektach. Właściwie to poza sezonem (czyli w lecie) Floryda jest pusta. Nikt nie przyjeżdża tu na wakacje, nie zagląda się do wakacyjnych domków i rezydencji, nikt nie wpada w odwiedziny do cioci, wnuki nie jadą do dziadków. Jest za gorąco! Biznesy upadają, czekając tęsknie do października. Nawet niektóre restauracje (te znane także) zamykają się "po sezonie" i czekają do przyszłego roku. Wiem co mówię i co więcej - doświadczyłam tego na własnej skórze. Chcąc dostać się autobusem w niedziele kilka przecznic od głównej drogi postanowiłam pomaszerować na piechotę, zamiast czekać w poczuciu beznadziejności, aż autobus przyjedzie spóźniony lub wcale nie (rozkładu oczywiście nie ma). Szłam może ze dwadzieścia minut w słońcu i dotarłszy do celu czułam się jak po galerach, jak po przypiekaniu żywcem na ognisku, jak duszona w gęstym sosie, posypana pieprzem cayenne i podpalona. Tak albo jeszcze gorzej.

To zrozumiałe, że kiedy temperatury przekraczają 30 stopni, a wilgoć wiele, zbyt wiele procent, to dane miejsce przestaje być atrakcyjne, a życie codzienne w nim, lekko mówiąc, uciążliwe.


Już trochę zaprawiona w bojach, nauczona świeżo zebranym doświadczeniem dowiedziałam się, jak sobie radzić i żyć w klimacie tropikalnym. Moje pierwsze doświadczenia zdobywałam przebywając dłuższy czas na Costa del Sol, gdzie owszem klimat jest tropikalny, ale wilgoć jakby mniejsza, a upał też inny, mniej dotkliwy. Może i intensywniejszy, bo słońce cieszy turystów z bezchmurnego nieba, ale powiedzmy sobie znośny - nawet w wakacje, nasze lato, kiedy tam właśnie panuje sezon. 

Tutaj jest inaczej. Zawsze muszę dbać o zapas schłodzonej wody butelkowanej, zrobiony lód w zamrażarce, szczelnie zamknięte okna i drzwi i przede wszystkim o klimatyzację, które zamienia mieszkanie w lodówkę. W Polsce z pewnością przebywanie w tak niskiej temperaturze wewnątrz sprawiałoby mi kłopot, tutaj natomiast jest to po prostu naturalne. Nie wiem czy to ze strachu, czy z prewencji, czy po prostu, żeby odpowiednio się wyziębić przed wyjściem, ale znajdowanie się i mieszkanie w chłodziarni wydaje mi się po prostu niezbędne. Co więcej, chłód jest tu oznaką luksusu. To właśnie z najekskluzywniejszych butików i najdroższych sklepów spożywczych zalotnie uchodzi przyjemny chłodek, apetycznie zapraszając klientów do środka. O tak, pamiętajcie, jeśli wybieracie się na zakupy w Stanach sweter jest niezbędny, nawet przy milionie stopni na zewnątrz. Ja bezwzględnie zawsze biorę ze sobą coś do narzucenia, przynajmniej szal, w przeciwnym razie przeziębienie jest gwarantowane.

Podczas mojego pierwszego pobytu w USA (akurat na północy, ale pogoda była identyczna jak teraz tutaj) zabawiłam się zapalenia gardła jeszcze w pierwszą noc. Wystarczyło mi jedynie wejść do klimatyzowanej restauracji na obiad, usiąść pod wiatrakiem i zamówić ice tea (którą dolewano mi systematycznie, jak moja szklaneczka tylko trochę się opróżniała). Niestety moi państwo, nawet w Stanach trzeba myśleć do przodu.


Oczywiście są także dobre strony tropikalnego klimatu - spójrzcie tylko na te palmy i piękną, a la postkolonialną zabudowę. Kolorowe domki, shuttersy i taka wszechobecna lekka ruina po prostu wspaniale tu pasują. Zaraz pewnie pomyślicie sobie, że południe Florydy to jakiś trzeci świat, tak to opisuję. Nie, tak nie jest. Nie da się tego porównać z Kubą, która leży słynne "4 minuty samolotem" od USA, która jest po prostu... zapadła, a tynki odchodzą od ścian, jak skóra po opalaniu. Mimo to, jest inaczej, niż w innych miejscach, wiem, że już o tym pisałam, ale wciąż jestem pod wrażeniem tej namiastki tropiku i co więcej - kupuję ją, z całym bogactwem inwentarza!

Tak więc, zapraszam Was na chwilę odpoczynku w cieniu palmy albo jakiegoś innego bardziej typowego dla klimatu umiarkowanego drzewa i schłodzenie się carrot cake smoothie. Po takim deserze świat od razu wydaje się piękniejszy, a my mamy więcej siły do dalszego działania!





piątek, 3 lipca 2015

PIECZONY OMLET Z MALINAMI

Nieśmiało do Was pukam i przedstawiam Wam dzisiaj wspaniałą propozycję śniadaniową, idealną na leniwe soboty. Nie wymaga dużo pracy, zachodu, wymyślnych składników. To zwykły omlet z malinami, za to podany - po królewsku!






Składniki na 3 porcje:
  • 3 jajka, 
  • 3 łyżka wiórków kokosowych, niesiarkowanych, 
  • 6-8 łyżek mąki orkiszowej (lub dowolnej, wg uznania),
  • 1 szklanka mleka roślinnego, 
  • 1 szklanka malin,
  • 1/2 łyżeczki cynamonu, 
  • kilka kropel aromatu ajerkoniakowego, 
  • szczypta soli morskiej.
do podania: wiórki kokosowe, kokosowy cukier puder, jogurt naturalny, grecki lub syrop klonowy


Przygotowanie:

Piekarnik nagrzać do 200 stopni. Żółtka oddzielić od białek i umieścić w dużej misce. Do żółtek dodać wiórki kokosowe, mąkę, mleko i cynamon. Białka ubić na sztywną pianę ze szczyptą soli. Delikatnie wymieszać ubite białka z pozostałą masą. Przełożyć do delikatnie natłuszczonych olejem kokosowym foremek żaroodpornych. Na masie ostrożnie ułożyć po 1/3 malin i zapiekać 30 minut. Po upieczeniu pozostawić jeszcze na kilka minut w ciepłym piekarniku. Ochładzać stopniowo (poprzez uchylanie drzwiczek piekarnika). 

Podawać na ciepło lub po całkowitym ostudzeniu. Omlet doskonale smakuje bez niczego, ale warto podkręcić jego smak dodatkową porcją kokosa, jogurtu czy syropu klonowego.


Trochę o przepisie

Inspiracją dla tego wspaniałego śniadania był przepis, który znalazłam na blogu A Navy Kitchen. Użyłam podobnych proporcji i produktów do tych proponowanych w przepisie i omlet wyszedł bardzo smaczny, więc należy się szacunek do własności intelektualnej autorki bloga. Zapraszam do czytania i przeglądania - ciekawe miejsce.

Warto także zwrócić uwagę, że w przepisie nie ma ani odrobiny cukru (poza świeżymi owocami, które dodajemy). Delikatne dosłodzenie nie wpłynie na konsystencje omleta. Najlepiej dosładzać go (w wersji do pieczenia) cukrem palmowym, kokosowym, brązowym nierafinowanym, ewentualnie ksylitolem (ale nie należy dodawać go za dużo, bo ciasto może stać się zbyt wilgotne). Jeśli decydujemy się na słodzenie w płynie, dobrze powstrzymać się od dosładzania ciasta i polać omlet słodkim płynem już po upieczeniu (będzie prezentował się naprawdę wspaniale!). Tu niezastąpione będą: syrop klonowy, z agawy, miód czy syrop z daktyli. 

Wspaniałym pomysłem jest także podanie omleta z płatkami kokosowymi czy uprażonymi płatkami migdałów.


Jak być może sygnalizowałam wcześniej, przez najbliższe trzy miesiące będę przebywać w Miami, FL (konkretnie w okolicach Pompano Beach). Jestem w Stanach już od zeszłego piątku, a z dostępem do stałego łącza jest różnie, z wolnym czasem - tym bardziej, więc przepisy będą pojawiać się odpowiednio rzadziej. Póki co, po wstępnym zaklimatyzowaniu się i pokonaniu jet lag'u mogę jedynie podzielić się tym, co jadłam na ostatnie śniadanie przez przyjazdem Alvaro do Polski. Potem zaczęło się życie na znacznie szybszych obrotach...

Na pytania o Stany nie mogę odpowiedzieć jeszcze zbyt obszernie. Mogę jedynie podzielić się naprawdę kilkoma wrażeniami (kulinarnymi) ze Stanów. Po pierwsze, Amerykanie w większości jedzą syf. Sorry, ale taka jest prawda. Wszystko tu jest tak uproszczone i tak ułatwione, nie wiem, przystępne (!?), że przepis na ten omlet wydaje mi się ogromną sztuką kulinarną. Poza tym, że o pokrojone, umyte, obrane warzywa jest łatwiej, jak o te zwykłe to jeszcze nic. W sklepach dominuje głównie żywność bardzo wysoko przetworzona. Nie mówię tu już jedynie o samych gotowych produktach, jak np. mrożona propozycja śniadaniowa - parówka zawijana w jagodowego pancake (!), ale o same warzywa. Na Florydzie można dostać np. Slimcado (tak, nie pomyliłam się). To zmutowana wersja awokado, które jest 4 razy większe, nie brązowieje po rozkrojeniu, ma rzekomo 35% mniej kalorii i 65% mniej tłuszczu (jeśli dobrze pamiętam). Poza tym, jest relatywnie drogo, żywność nie jest bardzo tania.

Jest też oczywiście druga strona. W markecie typu Whole Foods można dostać naprawdę wszystko. Można kupić warzywa, owoce ekologiczne, wolne od GMO, bez konserwantów itd. Oprócz tego dżemy na chia, specjalne jedzenie dla kobiet w ciąży, shake proteinowe i ogromne stoisko ze zdrowym jedzeniem gotowym. I co tam jeszcze można sobie wymarzyć - wszystko (słownie: wszystko). Oczywiście za cenę, która przyprawia o zawrót głowy. Konkluzja jest prosta - Ameryka zdecydowanie ma dwie twarze. Szkoda tylko, że Amerykanie zazwyczaj wybierają tą złą stronę, bo dostęp mają równie łatwy do obu form żywności.



Jeżeli chodzi o wrażenia restauracyjne, to nie mam jeszcze nic do powiedzenia. Najbliższe knajpki to oczywiście mnóstwo dań a la parilla i każdego rodzaju kuchni latynoskiej. Dotychczas miałam jedynie okazję napić się owocowego koktajlu w centrum handlowym, który był w prawdzie bardzo smaczny, ale jego zamówienie niezwykle skomplikowane. Jak się okazuje, w Miami ciężko dogadać się po angielsku. Znajomość hiszpańskiego jest wręcz niezbędna. Nawet, jak widać, przy zamawianiu smoothie w shopping mall'u. Na moje szczęście język hiszpański znam, więc z tym problemu nie było, ale zawsze jednak...

Poza tym miejsce jest wspaniałe, bardzo inspirujące. Upał i wilgoć jest niemiłosierna, ale ostatecznie od czego są klimatyzowane pomieszczenia i samochody? Tymczasem zostawiam Was z przepisem, a sama idę pilnować mojego chleba z dodatkiem protein konopnych. Jak wyjdzie? Zobaczymy, trzymajcie kciuki!


piątek, 15 maja 2015

GRUSZKA NA CIEPŁO Z GRANOLĄ Z GORZKIEJ CZEKOLADY

Co zrobić, kiedy za oknem wita nas szary dzień, a chlupiący deszcz w niczym nie przypomina ciepłej, letniej mżawki? Najlepiej oczywiście zaserwować sobie energetyczne śniadanie, które pobudzi nas do działania. Niech będzie nawet na szarym talerzu, a co tam!








Składniki na 1 porcję:
  • 1 średnia gruszka, 
  • 1 łyżeczka tłuszczu kokosowego, 
  • 2 łyżki jogurtu greckiego lekkiego, 
  • 4 łyżki domowej granoli*, 
  • 2 łyżeczki dżemu malinowego, bez dodatku cukru, 
  • 1 łyżeczka płatków migdałów, 
  • 1 łyżeczka wiórków kokosa, 
  • szczypta kardamonu.
* - ja wykorzystałam bazującą na kaszy gryczanej, domową granolę z gorzkiej czekolady. Jeśli nie mamy pod ręką Waszej, zdrowej wersji, najlepiej sięgnąć po niesłodzone płatki kukurydziane lub owsiane. Ważne, aby nie miały dodatku cukru - całe danie jest już wystarczająco słodkie.

Przygotowanie: 

 Gruszkę umyć i przekroić na pół, delikatnie wydrążyć gniazdo nasienne. Tłuszcz kokosowy rozgrzać na patelni z nieprzywieralną powłoką. Gruszki podsmażać na małym ogniu po ok. 1 minutę na stronę. Przełożyć na talerz. Do wgłębiania w środku nałożyć dżemu malinowego, posypać granolą, płatkami migdałów i kokosa, doprawić szczyptą kardamonu. Podawać z jogurtem greckim.


Parę słów o eko-zakupach

Coraz częściej stajemy przed trudnym wyborem pomiędzy zwykłymi produktami, a tymi, które są certyfikowane jako żywność bio, eko, czy bez cukru / glutenu / innych cudów. Zazwyczaj decydujemy się na te drugie w trosce o nasze zdrowie, prewencję czy też ze względu na konkretną dietę, alergię czy nietolerancję. Często nie mamy niestety wyboru i jesteśmy zmuszeni do wydatków na produkty z wyższej półki. Jednak ciężko ukryć, że zakupy takiej ekstra żywności wiążą się ze znacznie większym kosztem i uciążliwymi poszukiwaniami. Co więc warto zrobić, aby ułatwić nam nieco zakupowe życie i przyciąć trochę koszty?

- Zaopatrujmy się w sklepach on-line. To te mają najczęściej najbardziej konkurencyjne ceny w porównaniu z małymi sklepami lub zdrowym działem w tradycyjnych marketach. Ze swojej strony mogę polecić podrzucony mi przez ciocię adres strony dr Pelc. Ceny są bardzo przystępne, a sklep oferuje dowóz lub darmowy odbiór na miejscu (Kraków), 

- Sprawdzajmy czy w naszym mieście lub okolicy nie organizują targów zdrowej lub lokalnej żywności. Sprzedawcy na tego typu imprezach zawsze przygotowują specjalne ceny, nieco niższe od regularnych, sklepowych, 

- Kupujmy w dużych gabarytach. Mowa tu oczywiście o produktach o długiej dacie ważności, takie jak tłuszcz kokosowy, kasze, białka czy ziarna, 

- Poświęćmy raz a porządnie czas na znalezienie i wytypowanie naszych ulubionych produktów. Dzięki temu zakupy pójdą znacznie szybciej, bo nie będziemy tracić czasu na każdorazowe czytanie etykiet, 

- Spróbuj przygotowywać niektóre rzeczy samodzielnie. Jeśli nie pijesz mleka krowiego to wiesz, że większość mlek roślinnych oscyluje w granicach 7 - 10 zł za 1 litr (poza mlekami z Rossmana, które bardzo polecam), możesz jednak bez żadnego wysiłku przygotować je samemu. Podobnie jak ekologiczne kostki rosołowe, ziołowe przyprawy, aromatyczne oliwy czy zdrowe pieczywo, 

- Wymieniajmy się doświadczeniami ze znajomymi. Może oni wiedzą, gdzie i kiedy warto kupować dane produkty. Z własnego doświadczenia wiem, że poszukiwania w grupie są owocniejsze. W końcu co kilka par oczu to nie jedna,

- Zapoznaj się z właścicielami gospodarstw rolnych w okolicznych wsiach. Od czasu do czasu chętnie dorzucą kilka wiejskich jajek lub domowy serek gratis na stałych klientów, słowo!

 

piątek, 8 maja 2015

BORÓWKOWE CIASTO ŚNIADANIOWE Z PALETNI

Delikatne i puszyste ciastko kokosowo - jagodowe. Zdrowe, smaczne i bez glutenu. Do tego błyskawiczne w przygotowaniu i niezmiernie przyjemne w konsumpcji :) Warto przygotować więcej, niż zamierzacie zjeść, uwierzcie - warto. Znika zdecydowanie szybciej, niż powinno. 








Składniki na 1 porcję:

Ciasto:
  • 1 jajko wiejskie, 
  • 2 łyżki mąki sojowej,
  • 2 łyżki mąki owsianej, 
  • 2 łyżki wiórków kokosowych, 
  • 1/2 szklanki mleka roślinnego, 
  • garść borówek amerykańskich, 
  • 1 łyżka ksylitolu, 
  • tłuszcz kokosowy do smażenia, 
  • szczypta soli morskiej.

Kokosowy cukier puder:
  • 1 łyżka ksylitolu, 
  • 3 łyżki wiórków kokosowych.
do podania: jogurt grecki, listki melisy, kwiaty bzu, świeże borówki amerykańskie.


Przygotowanie: 

Żółtko oddzielić od białka. Dodać do niego obie mąki, wiórki kokosowe, mleko, ksylitol i dobrze wymieszać. Białko ubić ze szczyptą soli na sztywną pianę. Delikatnie połączyć z drugą masą i jagodami. Patelnię rozgrzać na średnim ogniu z odrobiną tłuszczu kokosowego. Smażyć kilka minut pod przykryciem, aż ciastko upiecze się na złoty kolor i zetnie w środku. Delikatnie przewrócić i smażyć jeszcze przez około 1 minutę. 

Ksylitol i wiórki kokosowe umieścić w kielichu blendera. Zmiksować na pyłek. Biszkopt podawać od razu z kokosowym cukrem pudrem, melisą, świeżymi borówkami i listkami melisy. Można udekorować można kwiatami bzu.



Ostatnimi czasy pojawiło się w mojej głowie wiele ciekawych i kreatywnych pomysłów. Mam nadzieję, że po wakacjach przybiorą one realniejszych kształtów i staną się rzeczywistością. Dużo się ostatnio dzieje. Jak to maj i wiosna, wszystko przyspiesza, a życie staje się dynamiczniejsze.

Majówkę spędziliśmy w Krakowie, przechadzając się po mieście w deszczu, chodząc do kina i biorąc udział we wspanialej grze w stylu wyjdź z pokoju w godzinę. Przyznam szczerze, że było to moje pierwsze doświadczenie z tego typu grą i zrobiła ona na mnie niemałe wrażenie. Wybraliśmy pokój postapocalyptia, który samym wystrojem nawiązywał nieco do wnętrz więziennych czy wojennych. Gra opierała się na zagadkach logicznych, dopasowywaniu kodów, haseł i szyfrów i oczywiście na nieszablonowym myśleniu i pracy zespołowej. Jest to fenomenalny sposób na spędzenie wolnego czasu w kreatywny sposób. Warto zebrać zgraną, kilkuosobową grupę i zmierzyć się z wyzwaniem.

Dla zainteresowanych - Challenge Accepted, miejsce, w którym się bawiliśmy.



Wiosna w naszym ogrodzie już w pełni zakwitła. Cieszymy się majowym bzem, tulipanami i zapachem świeżo skoszonej trawy. W planach mamy długie godziny spędzone na grillowaniu i podziwianiu zieleni. Pogoda zachęca do działania i spędzania czasu na powietrzu. Placyk targowy obok naszego domu kusi dojrzałymi owocami i warzywami, mieni się kolorami wiosny. Czy Wy też to czujecie? Tą całą pozytywną energię, którą czerpiemy ze słońca i jego wpływu na naturę? 
Wszystko rozkwita, budzi się do życia. Promienie słoneczne delikatnie grzeją, a lekki wiatr przyjemnie orzeźwia w parne dni. Wiosna jest piękna, a jednak niezwykle krótka. Och, co byśmy dali, aby zatrzymać te cudowne dni na znacznie dłużej. Albo, żeby cieszyć się nimi o wiele wcześniej. 

Jest to zdecydowanie jedna z najbardziej wyczekiwanych pór roku. Po długich, depresyjnych miesiącach bez słońca i przyjemnej temperatury nasz organizm odżywa. To, co istotne, to aby pamiętać, że nasz ciało w ciągu wiosny ma nieco inne potrzeby niż zimą. Podstawową sprawą przestaje być ogrzanie i dokładne odżywienie organizmu, ale zmiana menu na lekkie i pełne sezonowych owoców i warzyw. To najlepsza pora roku na detoks czy długofalową dietę oczyszczająca. Dzięki dostępnym produktom staje się to dużo prostsze, niemal instynktowne. To właśnie teraz najczęściej sięgamy po zdrowe przekąski, zawierające dużo witamin, a unikamy ciężkiego i tłustego jedzenia, które jakoś nam "nie pasuje". Nasz organizm sam sugeruje nam, co jest dla nas dobre i właściwie. Mimo, że od siedemnastowiecznego życia zgodnie z prawami natury trochę się zmieniło, akurat o tą jedną rzecz warto dbać. Sezonowość menu.




niedziela, 19 kwietnia 2015

WEGAŃSKIE TRUFLE Z RUMEM

Podobno naukowcom z Oxfordu udało się ustalić, że muzyka oddziałuje na odczuwanie smaku jedzonych potraw. Gorzkie delikatesy mają smakować lepiej przy głębokich i ostrych tonach. Idealnym utworem do kosztowania kawy i czekolady ma być "Nessun Dorma" w wykonaniu Pavarottiego.  Tak więc w porządku, Luciano prowadzi melodię, ja mam przed sobą trufle, próbuję... jest dobrze. Jest naprawdę wspaniale!



Składniki na 25 - 30 trufli:
  • 1 i 3/4 szklanki posiekanych i wydrylowanych suszonych daktyli, 
  • 1/2 szklanki suszonej żurawiny, 
  • 1/3 szklanki rodzynek, 
  • 1/4 szklanki wiórków kokosowych, 
  • 1/5 szklanki posiekanych nerkowców, 
  • 1 łyżeczka cynamonu, 
  • 2 łyżki gorzkiego kakao, 
  • 4 łyżki ciemnego rumu, 
  • 4 łyżki wody, 
  • szczypta soli morskiej.
dodatkowo należy przygotować gorzkie kakao, wiórki kokosowe, pestki dyni i płatki migdałów do obtoczenia trufli.

Przygotowanie:

Wszystkie składniki umieścić w kielichu blendera i zmiksować na gładką masę. Jeśli mamy wolny blender lub taki, który może nie może sobie poradzić z tak gęstą konsystencją, możemy dwukrotnie przepuścić ją przez elektryczną maszynkę do mielenia. Z gotowej, jednolitej masy formować małe kuleczki. Obtaczać je w kokosie, kakao, pestkach dyni lub migdałach i układach w małych papierowych papilotkach. Przechowywać do kilku dni w lodówce lub w zamrażarce.


Moje badania nad wymyślaniem i tworzeniem deserów, które nie powodowałyby wyrzutów sumienia wciąż trwają i nie wiem, czy zostaną kiedykolwiek zakończone. Wynikami i tak dzielę się z Wami na bieżąco. W ogólnie ciężko mi sobie wyobrazić, abym miała kiedyś zakończyć swoją podróż z przepisami i gotowaniem. Codziennie się rozwijam, poznaję nowe smaki i techniki gotowania. Ciężko mi pojąć, że pewnego dnia miałabym zdecydować, że od dzisiaj nie wymyślam już nic więcej i gotuję jedyne znane mi potrawy. Do tego przygotowałabym jeszcze ogromny dokument i stosowną pieczątkę na tą okazję, żeby wszystko odbyło się odpowiednio ceremonialnie. Nie, raczej byłoby to niemożliwe. Zdecydowanie jestem typem osoby, która w gotowaniu woli sięgać po nowe smaki, niż odtwarzać te już dobrze znane, aczkolwiek na wszystko jest czas i miejsce.



Okazało się, że tym razem miałam więcej chętnych do pomocy. Moi bliscy zazwyczaj zaczynają się interesować jedzeniem i gotowaniem w momencie, kiedy danie trafia na stół i przychodzi moment próbowania efektu końcowego. Niestety, jeśli chodzi o pasję do gotowania i poszukiwania nowych smaków to jestem w tym temacie odosobniona. Odkąd pamiętam, moi rodzice nigdy nie interesowali się kuchnią. Dzięki temu swoje pierwsze kroki poczyniłam już w szkole podstawowej, gotując niezwykle skomplikowane spaghetti z sosem pomidorowym z proszku. Odpowiednie okoliczności, dobrały się z zainteresowaniami i powstała z tego prawdziwa pasja i miłość, która podparta pewną ideologią stała się ogromną częścią mojej osoby. Dzisiaj mogę powiedzieć, że gotowanie może być sposobem na życie. Naturalnie, nie samo przyrządzanie potraw, ale to wszystko, co temu towarzyszy. Zawsze utrzymuję, że gotowanie, fotografia kulinarna, food blogi to sztuka nowoczesna, która jest na tyle świeża, że nie została jeszcze być może zdefiniowana jako sztuka i nie jest odbierana przez społeczeństwo w ten sposób. Nie szkodzi, w końcu w słowniku języka polskiego istnieje słowo pionier.