wtorek, 7 kwietnia 2015

BEZGLUTENOWE PLACKI Z CUKINII Z ŁOSOSIEM WĘDZONYM

Placki z łososiem to świetny pomysł na lekki wiosenny obiad na świeżym powietrzu. Jeśli lubicie wszelkiej maści placuszki, to to danie z pewnością spełni Wasze oczekiwania, a kto wie - może wejdzie do Waszego repertuaru na stałe? Ja natomiast, publikuję przepis dla Kasi. Dotychczas zawsze robiłam placki "na oko", ale głos rozsądku z zewnątrz podpowiedział, że czas uporządkować go i spisać. Jest to nieco zmieniona wersja, bezglutenowa, ale równie pyszna. Smacznego!





Składniki na 10 placuszków:
  • 1 mała cukinia, 
  • 1 jajko wiejskie, 
  • 3/4 szklanki mąki ryżowej, 
  • 1/2 szklanki mąki owsianej, 
  • 3/4 szklanki mleka ryżowego, 
  • 4 łyżki startego sera długo dojrzewającego,
  • szczypta lubczyku suszonego, 
  • sól morska, 
  • tłuszcz kokosowy lub masło klarowane do smażenia.
do podania: wędzona polędwica z łososia, kwaśna śmietana, świeży koperek, cytryna, maślanka do picia

Przygotowanie:

Cukinię umyć i zetrzeć na tarce, na grubych oczkach. Wbić do miski jajko, dodać sól i lubczyk, wymieszać. Wlać mleko ryżowe i dodać starty ser. Na koniec przesiać obie mąki do miski i dokładnie wymieszać składniki. Placki smażyć na odrobinie tłuszczu, na patelni z nieprzywieralną powłoką, na złoty kolor. Podawać z łososiem i śmietaną. Do picia koniecznie maślanka! 
 

Placki przygotowałam po raz ostatni jakieś 2 tygodnie temu, tuż przed wyjazdem na Święta, ale nie miałam czasu się nimi podzielić na blogu. Dzisiaj, po 10 dniach wspaniałych i ekscytujących przeżyć, wróciłam. Jestem jeszcze nieco zmęczona podróżą, ale musiałam jak najszybciej zająć się tym "zalegającym" przepisem, bo po Semana Santa mam w głowie tysiące pomysłów na wypróbowanie wielu nowych, a czasem nienowych dań, podanych w nieoczywisty sposób.

Hiszpania, jak zawsze, powitała mnie słońcem i gorącem. Swoją pyszną kuchnią i hiszpańskim żywiołem. Miałam okazję poopychać się moimi ulubionymi daniami, ale też na spróbować czegoś nowego. Dość ciekawym przeżyciem i z pewnością smakiem, wartym zapamiętania była torrija - typowy deser z okresu Wielkiego Tygodnia. To po prostu chleb, namaczany w winie lub anyżu, maczany w jajku i smażony, podawany z cukrem, cynamonem i gęstym sosem miodowym, w którym najczęściej pływa. Kolejną ciekawą potrawą był espinacas con garbanzos czyli szpinak z ciecierzycą. Pyszny i kremowy, smakował absolutnie wszystkim, nawet tym, którzy regularnie unikają warzyw. Innymi flagowymi daniami, które można było spróbować był dorsz w typowym guiso, tortitas de camarones czy caracoles czyli po prostu ślimaki - tak, typowe danie kuchni Andaluzyjskiej.


Oczywiście święta w Sewilli to nie tylko jedzenie! To procesje, kwitnące drzewa pomarańczowe, upał i tłum ludzi na ulicach spieszących zawsze w tą samą stronę. I kadzidło, które bez przerwy czuć w całym starym centrum. Hiszpanie swój sposób celebracji świąt zawdzięczają z pewnością swojemu temperamentowi i klimatowi (który moim zdaniem leży u podstawy wielu różnic kulturowych między Polską a Hiszpanią). Katolicyzm nie jest u nich praktykowany i rozumiany tak, jak u nas. Dlaczego Hiszpanie mieliby chodzić do kościoła w Wielki Tydzień, skoro to kościół przyjdzie do nich - wyjdzie na ulice? Nie odbywają się msze, nabożeństwa. Maja miejsce za to wielogodzinne procesje, które podziwiają dziesiątki tysięcy Sewilczyków i turystów. Jeśli już wybierają się do kościoła, to po to, aby zobaczyć przepiękne, okrutnie ciężkie figury przedstawiające Jezusa i Maryję, które chętni noszą na swoich ramionach. Hiszpanie z pewnością nie praktykują wiary regularnie, ale za to przeżywają święta znacznie głębiej, niż Polacy. Muzyka, ruch, który towarzyszy majestatycznym procesjom często wzrusza do łez i skłania do przemyśleń. W procesjach nie idzie praktycznie nikt, poza nazarenos i penitentes, którzy pokutują, dziękują lub proszą o łaski. Często uczestniczą w nich bez butów lub zupełnie boso, idąc godzinami przez ulice miasta. Wreszcie długo za nimi wyłaniają się pasos i palios, przeplatane mini orkiestrami, zwanymi bandas, które dodają powagi, majestatu, ale także sterują tempem i sekwencją kroków niesionych figur. Cała esencja Wielkiego Tygodnia polega na zobaczeniu jak największej liczby procesji, a w szczególności właśnie tych figur. Tym żyją wszyscy mieszkańcy, całe miasto, a właściwie to cała prowincja.

Sewilczycy, jak szaleni, biegają od punktu do punktu, aby zobaczyć przechodzące procesje w najbardziej strategicznych punktach starego miasta i okolic. Drugą opcją jest wykupienie sobie krzesła, które przylega do tzw. carrera oficial czyli zbioru ulic, przez które przechodzą wszystkie procesje. Jedno krzesełko, bagatela, kosztuje nawet do 700 złotych, tak więc - jest co oglądać!


Planując spędzenie świąt w Sewilli warto pomyśleć o tym wcześniej i zarezerwować nocleg z odpowiednim wyprzedzeniem. Dobrze zakwaterować się w ścisłym centrum, bo na okres Wielkiego Tygodnia wjazdy i wyjazdy z i do starego miasta są bardzo utrudnione. Jeśli więc jesteście samochodem lepiej od razu zaparkować go w garażu hotelu i zostawić tam aż do wyjazdu. Dobra wiadomość jest taka, że wszystko da się spokojnie obejść na nogach. Dla leniwych są jeszcze taxówki :) 

Koniecznie zaopatrzcie się w wygodne buty i przewiewne ubrania - o szóstej wieczorem stałam w 38 stopniowym upale w lnianym garniturze i trzysta razy roztopiłam się na miejscu, wsiąknęłam w chodnik i zmaterializowałam się z powrotem. Warto też zawsze mieć ze sobą butelkę wody i wachlarz, choć ten młodym dziewczynom ponoć nie przystoi.


Wracając jednak na chwilę do placków. Wypróbujcie także wersje z maślanką i/lub proszkiem do pieczenia. Będą one wtedy znacznie bardziej puszyste. Jeśli nie macie ochoty na wersję bezglutenową, wystarczy, że zamienicie mąkę na orkiszową czy pszenną pełnoziarnistą lub też nie. Możecie podawać je na ciepło i na zimno. Uważajcie jednak, aby placuszki nie zaabsorbowały zbyt dużej ilości tłuszczu. Najlepiej delikatnie osączyć je na ręczniku papierowym, aby ten wchłonął nadmiar masła czy oleju kokosowego.

Smacznego!


piątek, 27 marca 2015

TRUSKAWKOWA GRYCZANKA NA MLEKU RYŻOWYM

Jak pokazuje prosta zależność - pogoda nie tylko kształtuje nasz nastrój, ale także zmienia nieco preferencje żywieniowe. Na wiosnę mamy ochotę na energetyczne, kolorowe, pełne witamin śniadania częściej, niż zimą czy jesienią. Dzisiaj mam dla Was jedną z takich super propozycji na szybkie i bardzo zdrowe śniadanie w stylu spring fit. A właściwie, to nawet summer - to danie  prześciga swoją epokę, w końcu truskawki póki co mamy z Hiszpanii!






Składniki na 2 porcje:
  • 100 g kaszy gryczanej, 
  • 1 szklanka mleka ryżowego, 
  • 2 łyżki syropu klonowego, 
  • 5 dojrzałych truskawek, 
  • 1 łyżka chrupków quinoa, 
  • 1 garść orzechów nerkowca.

Przygotowanie:

Kaszę przełożyć na sitko i dokładnie wymyć. Zalać szklanką mleka ryżowego i zostawić na całą noc pod przykryciem do nasiąknięcia. W dzień podania, do kaszy dodać syrop klonowy. 4 truskawki zmiksować z odrobiną wody na gęsty mus. Wyłożyć nim dno naczynia, w którym będziemy serwować śniadanie. Następnie nałożyć warstwę kaszy. Udekorować pokrojoną truskawką, posiekanymi orzechami nerkowca i podprażonymi chrupkami quinoa. Podawać od razu.


Jak widzicie, danie poraża swoją prostotą, jednoczenie hipnotyzując swoją energią. Do jego przygotowanie potrzebujecie sześć produktów, które możecie dowolnie modyfikować i w razie potrzeby podmieniać na inne składniki. Uwierzcie, że po takim śniadaniu długo nie miałam apetytu na nic innego. Było nie tylko, sezonowe, smaczne i energetyczne, ale także bardzo zdrowe i świetnie zbilansowane (no ok, mogłoby być więcej białka). Co najważniejsze, smakowało nie tylko mnie. Moi bliscy są znani ze swojej nietolerancji na słabe jedzenie, więc wizja czegoś zdrowego czy modnego (ola boga!) nie jest dla nich priorytetem. Oni doceniają faktyczny smak potrawy, a nie jej walory odżywcze, które mi, jako świadomemu kucharzowi, od czasu do czasu przysłaniają rzeczywistość. Dobrze mieć przychylną lożę, która oceni moje potrawy i zasmakuje w swoich ulubionych. Dzięki temu nie popadam w samozachwyt, a moja rodzina je zdrowo. I win, you win.



Gryczanka przez noc

Jeżeli nigdy nie robiliście gryczanki to nie miejcie obaw! W prawdzie jest to surowa kasza gryczana, ale nie tak do końca surowa... W końcu wyznawcy raw vegan muszą coś jeść i znają się na rzeczy. Będziecie zachwyceni teksturą, jaką przybiera kasza. Jest miękka, ale nie papkowata. Do tego, po zaabsorbowaniu mleka, pozostanie go na tyle, że kasza nie będzie sucha, ale nie będzie też bezwładnie pływała w mlecznej brei. Po dosłodzeniu całość jest nie tylko zjadliwa, ale też bardzo, bardzo smaczna.

Truskawki też mają moc

Naturalnie, truskawki możecie zamienić na inne ulubione owoce. Świetnie sprawdzą się jagody, maliny, brzoskwinie czy banany. Ja jednak wybrałam je nie tylko dlatego, że udało mi się dostać świeże, piękne i w dobrej cenie. Truskawki mają w sobie coś więcej. Są prawdziwym super foodem wśród swoich kolegów i koleżanek owoców. Mają niski indeks glikemiczny, więc są doskonałe dla cukrzyków, osób na zdrowej diecie czy sportowców. Poza tym, chronią przed cukrzycą i chorobami serca! Dodatkowo, regulują i przyspieszają przemianę materii i są niskokaloryczne (są zbudowane w większości z wody). Do tego, są bogate w potas i witaminę C.

Musimy jednak uważać, bo truskawki mogą uczulać. Należy także zjadać je bezpośrednio po zakupieniu. Te nie tolerują długiego przechowywania, szczególnie w wilgotnych warunkach. Nie jest to jednak główny powód do zmartwień, bo owoce te mają pewną osobliwą cechę, że zaraz po przyniesieniu do domu same znikają..., dziwne.


Dla Was wszystkich, dużych i małych czytelników, Wesołych Świąt! Życzę Wam zdrowych i radosnych chwil w rodzinnej atmosferze i odpoczynku od codzienności.

Ja wyjeżdżam rano do Hiszpanii, więc znikam na trochę do mojej prywatności. 
Smacznego!




czwartek, 26 marca 2015

ROLLSY Z KREWETKAMI Z PIKANTNYM SOSEM MANGO

Jeśli wahałabym się i nie wiedziała, co podać dziś na obiad, zrobiłabym właśnie rollsy. Przede wszystkim, składniki na nie zawsze mam w domu - wystarczy opakowanie papieru ryżowego i coś, co włożymy do środka. Do tego jakiś owoc na sos, zmiksować i gotowe. Można cieszyć się pysznym azjatyckim daniem, z nieco europejską nutą.







Składniki na 10 rollsów:

Rollsy:

  • 10 arkuszy papieru ryżowego, 
  • 20 średnich krewetek mrożonych, 
  • 1 średnia marchew, 
  • 2 garści jarmużu, 
  • 5 łyżek serka kremowego, 
  • 2 łyżki oliwy z oliwek, 
  • szczypiorek, 
  • sól morska.

Sos mango:
  • 1 bardzo dojrzałe i słodkie mango, 
  • 1/2 łyżeczki słodkiej papryczki, 
  • szczypta ostrej papryczki, 
  • sok z 1/3 cytryny, 
  • szczypta soli morskiej, 
  • 1/8 szklanki wody.

Przygotowanie:

Krewetki rozmrozić, posolić i wrzucić na rozgrzaną łyżkę oliwy. Zmniejszyć ogień i "podgotować" je pod przykryciem ok. 4 minuty. Marchew obrać i pokroić w cienkie słupki, jarmuż umyć, oderwać łodygi, porwać na małe kawałki, przesmażyć na pozostałej łyżce oliwy, do miękkości. Szczypiorek pokroić. Wszystkie składniki na rollsy przygotować na talerzu.

Każdy arkusz papieru ryżowego zwilżyć. Układać nadzienie poziomo, w dolnej części papieru - 1/2 łyżki serka kremowego, kilka kawałków jarmużu, 2 krewetki, 2 kawałki marchewki i kilka włosków szczypiorku. Zawijać - najpierw prawy i lewy bok do środka, następnie dół, poniżej nadzienia i rolować w gorę (instrukcja obrazkowa). W ten sam sposób zawinąć wszystkie rollsy. 

Przygotować sos. Mango obrać i wkroić do kielicha blendera, dodać przyprawy, sok z cytryny i wodę. Zmiksować do uzyskania jednolitego musu. 


Okazało się, że mimo moich obaw, danie zrobiło w domu furorę. Zjedliśmy po 3 sztuki i uznaliśmy obiad za zakończony. Każdy czuł się syty i zaspokojony. Z pewnością rollsy będę przygotowywać znacznie częściej, niż to dotychczas robiłam. Papier ryżowy jakoś zawsze był w domu, a ostatecznie prawie nigdy nie lądował na stole. Od razu wolę uprzedzić wszystkie obiekcje - danie jest idiotycznie proste do zrobienia. Jeśli potraficie zrobić gołąbki, to i z ich azjatycką wersją poradzicie sobie bez problemu. Ta jest nieporównywalnie prostsza i szybsza w przygotowaniu. 

Jeśli chcecie, możecie wypróbować różne wersje smakowe. Najważniejsze, aby znalazł się w środku jakiś dodatek białkowy - krewetki, ryba, kawałeczki kurczaka czy pulled pork. W warzywach panuje całkowita dowolność. Doskonale sprawdzi się każdy rodzaj kapusty, marchew, seler, cebula, sałata, bazylia czy roszponka. Do tego możecie nafaszerować je dodatkową porcją ryżu czy azjatyckiego makaronu. 

Danie jest niesamowicie lekkie, więc nadaje się właściwie na każdą porę dnia. Ja, zdecydowanie wolą taką wersję od smażonych spring rollsów w głębokim tłuszczu.


Ponadto takie danie jest fantastycznym pomysłem na wszelkiego rodzaju imprezy. Jest to zdecydowanie finger food, a nawet jeśli nie dosłownie, to spełnia wszystkie tego wymogi. Można bez problemu jeść je palcami, na stojąco, wspierając się małym talerzykiem lub serwetką. Wasi znajomi i rodzina będą zachwyceni. Skuście się i przygotujcie coś oryginalnego, zamiast patery z wędlinami i sałatki z majonezem. Nie chcę nikogo dyskredytować, ale dla mnie takie imprezy są zdecydowanie niemodne. Kojarzą mi się z przyjęciami (załączam cudzysłów), które wystawia moja babcia. Kilka plastrów szynki, sałateczka, może parę kromek suchego, tj. przepraszam, wiejskiego chleba i herbata, koniecznie z cytryną. Rozumiem, że panuje u nas jeszcze wszechobecny model przyjęcia z lat 70 i 80, ale socjalizm przecież już się skończył. Na nikim szynka nie zrobi wrażenia, groszek z puszki też już raczej nie. 

W tym momencie przypomina mi się słynna scena z filmu "Kogel Mogel", kiedy Kasia przygotowuje przyjęcie dla gości. Zastaw się, a postaw się! Jakie to musiały być (nie)piękne czasy.


Dla siebie przygotowałam wersję bez marchewki ze względu na podrażnienie podniebienia, co wiąże się z problemami z jedzeniem. Uwierzcie, że i bez marchwi rollsy były przepyszne. Biorąc pod uwagę, że miałam w planach trening popołudniowy, a obiad był dość skromny, skusiłam się jeszcze po drodze na koktajl proteinowy w Smooth The Fruit. Nie wiem, czy kojarzycie to miejsce, ale jeśli nie już spieszę z wyjaśnieniami. STF to sieć lokali, koktajlowni, stanowisk z sokami? Sama nie wiem, które określenie byłoby najtrafniejsze? Mają do wyboru szeroką gamę soków, koktajli, smoothies czy kaw. Co zadziwia mnie, pozytywnie mają w swoim menu nawet pozycję ze spiruliną (!). Lokal jest bardzo przyjemny, a menu na tyle szerokie, że każdy znajdzie w nim coś dla siebie.

Ja skusiłam się na Super Smoothie "Protein". W skład wchodzą proteiny truskawkowe, banan, jabłko, truskawki i jogurt. W prawdzie nie jest jestem do końca dumna, że zamówiłam koktajl z białkiem o zapewne nie najlepszej jakości, ale smak zrekompensował wszystko. Koktajl był bardzo, ale to naprawdę bardzo gęsty. Ledwo dało się go pić przez rurkę, co okazało się akurat plusem - dzięki temu piłam go wolniej i mój mózg zdążył odebrać adekwatne informacje o posiłku. Poza tym, był po prostu bardzo smaczny. Z przyjemnością odtworzę go w domu. A Wam z czystym sumieniem polecam Smooth The Fruit.


Tutaj danie wędruje już na stół. Tym razem obiad jest na zimno, więc może poczekać sobie bez fochów na wszystkich domowników, aż po ciężkiej tułaczce dobiją do stołu na strawę, bardzo fashion.



środa, 25 marca 2015

CYNAMONOWE PŁATKI ŚNIADANIOWE

Kto mógłby dobrowolnie oprzeć się pysznym, cynamonowym płatkom na śniadanie? Pamiętacie Cini Minis? Może nadal je jadacie albo dajecie swoim dzieciom na śniadanie? Jeśli tak, uważajcie. Płatki śniadaniowe są zazwyczaj ogromnym źródłem cukru, niekoniecznie ukrytym na etykiecie pod nazwa "cukier". Najlepiej zrobić swoje własne płatki. Dzięki temu sami kontrolujecie smak i skład płatków i przede wszystkim - wiecie, co naprawdę jecie. 






Składniki na ok. 15 porcji:

Płatki:
  • 1 i 1/4 szklanki mąki orkiszowej białej*, 
  • 1 i 1/4 szklanki mąki orkiszowej pełnoziarnistej, 
  • 2 płaskie łyżeczki sody**, 
  • 2 łyżeczki cynamonu, 
  • 1/3 szklanki oleju kokosowego, 
  • 1/2 szklanki ksylitolu,
  • 1 łyżeczka cukru z prawdziwą wanilią, 
  • 2 łyżki miodu, 
  • 1/2 szklanki maślanki.

Polewa:
  • 1 łyżka tłuszczu kokosowego, 
  • 1/8 szklanki ksylitolu, 
  • 1 łyżeczka cynamonu.

* - jeśli nie mamy mąki orkiszowej możemy zastąpić ją mąką pszenną -  białą i pełnoziarnistą, w tych samych proporcjach,
** - dwie łyżeczki sody dają relatywnie wyraźny posmak, jeśli jest on dla Was uciążliwy, użyjcie tylko 1 łyżeczki sody.


Przygotowanie:

Piekarnik nagrzać na 175 stopni w trybie góra - dół. Dwie blachy wyłożyć papierem do pieczenia. Wymieszać wszystkie suche składniki. Dodać rozpuszczony olej kokosowy, miód, ksylitol i maślankę. Wyrabiać ciasto przez chwilę rękoma, do połączenia się składników. Uformować kulę. Ciasto podzielić na 2 - 3 części. 

Każdą z nich kolejno położyć na kawałku papieru do pieczenia, przykryć kolejnym i rozwałkować na bardzo cienkie ciasto. Ostrożnie zdjąć papier i bardzo ostrym nożem do pizzy wyciąć małe kwadraciki. Każdy płatek nakłuć widelcem. 

W osobnym naczyniu wymieszać składniki na cynamonową polewę. Rozprowadzić ją delikatnie po cieście. Płatki oddzielić od siebie (najlepiej szpatułką) i ostrożnie przenieść na blachę, wyłożoną papierem. Piec 9 - 12 minut, uważając, aby nie przypiec płatków. Ostudzić i schować do szczelnie zamykanego pojemnika.



Zrobienie płatków jest niezwykle proste i zajmie Wam nie więcej, jak 40 minut. To, o czym musicie pamiętać to dokładne wykonywanie wszystkich czynności. Ciasto jest dość lepkie, więc nie rozwałkujecie go bez ochronnej części papieru do pieczenia. Także nie uda Wam się pokroić ciasta niezaostrzonym nożem, możecie jedynie je poszarpać.

Jeśli życzycie sobie, aby Wasze płatki były bardzo cienkie i chrupiące, rozwałkujcie ciasto niemal na "przezroczystą" grubość. Płatki podczas pieczenia zyskają na objętości. Jeśli natomiast chcecie, żeby były trochę jaśniejsze - odejmijcie 1 łyżeczkę cynamonu z ciasta i 1/4 z polewy. Płatki nie są też dość słodkie. Zmieniają nieco smak i konsystencję w połączeniu z mlekiem i wydają się znacznie słodsze, niż jedzone same. Jeżeli jednak będzie to dla Was za mało, śmiało możecie dodać więcej ksylitolu lub - w ostateczności - cukru.

Autorką oryginalnej receptury jest Tieghan Gerard. Przepis został przeze mnie nieco zmodyfikowany dla potrzeb mojej diety.


Tak więc - do dzieła! Czas przypomnieć sobie czasy dzieciństwa i zajadanie się płatkami na śniadanie. Ja szczególnie pamiętam wakacje u dziadków, kiedy przez okrągły miesiąc jadłam dzień w dzień słodkie płatki z zimnym mlekiem. Mój dziadek zasiadał na przeciwko mnie ze swoim muesli na odtłuszczonym mleku, a babcia nie jadała śniadań, nigdy. Teraz, oczywiście włos jeży mi się na głowie na wspomnienie, ile wpompowałam w siebie niezdrowych rzeczy jako dziecko. Tłuszcz i cukier były podstawą mojej diety. Zapiekanki z serem, kakao, pierogi ruskie i trzy drożdżówki - to tak mniej więcej na start. 

Nigdy, nikt niczego mi nie zabraniał. Mogłam jeść co chcę, kiedy chcę i jak chcę. Nie wmuszano mi na siłę "dziennej porcji warzyw" ani witaminek. A mimo to, wyrosłam na zdrową, szczęśliwą i szczupłą osobę, która jest teraz świadoma swoich młodzieńczych przewinień. 

Jednak nie daje to klarownego obrazu na sposób wychowania dzieci i ich odżywiania. Może nie jestem reprezentatywnym przykładem? Nie zapoznałam się też z żadnymi badaniami na ten temat. Nie wiem właściwie, czy lepiej jest pozwolić dziecku jeść tak, jak ma ochotę czy kontrolować jego codzienną dietę?


Znam wiele przykładów rodzin, w których dzieci do tej pory nie poznały smaku Coca - Coli (ja poznałam mając 18 lat, wcześniej próbowałam tylko light), za to na co dzień piją mleko ryżowe i jadają tarty na mące orkiszowej. Zawsze żal mi tych dzieci, bo wydaje mi się, że ktoś chce im odebrać coś, co należy im się z racji wieku. Moi rodzice nie gotowali - jeśli chciałam coś zjeść musiałam się nauczyć, jak przetrwać. Tak zrobiłam moje pierwsze spaghetti z sosem pomidorowym w szkole podstawowej, mając 7 lat. Nikt też nie robił mi prowiantu do szkoły - jak tata zobaczył, że kanapki zamiast być zjadane, pleśnieją w plecaku, po prostu... skończył je robić. Miałam przecież bufet w szkole, obiady. Wszystko było w porządku. Nikt się niczym nie przejmował, to była cudowna wolność, za którą dziękuję moim rodzicom i której sama sobie zazdroszczę. Moi rodzice byli po części patologiczni - w tym bardzo pozytywnym znaczeniu. Kto jeszcze nie widział artykułu, o którym mówię, zapraszam do przeczytania tego fantastycznego tekstu, który podesłał mi - nomen omen - tata.  



Nie chcę też nikogo obrażać i myślę, że też nie było to intencją autora, ale proszę Was o chwilę refleksji, drodzy rodzice. Przypomnijcie sobie Wasze dzieciństwo (mam nadzieję, że z łezką w oku) i zastanówcie się, czy aby na pewno wizyta Zosia u psychologa dzisiaj o 17 jest konieczna i czy Jasiu musi chodzić na balet (może woli piłkę nożną z kolegami na podwórku?).






poniedziałek, 23 marca 2015

GULASZ CIELĘCY Z CZERWONĄ FASOLĄ

Gulasz, to dobra potrawa nie tylko na jesienne i zimowe wieczory.  W trakcie przesilenia wiosennego dobrze od czasu do czasu posilić się czymś treściwym i sycącym. Mimo, że ciągnie nas już do słońca i sezonowych produktów, to wszystko zdaje się być przeciwko nam. W nocy temperatura spada poniżej zera, a media alarmują, że już milion Polaków zachorowało na grypę. Jak wiadomo - lepiej zapobiegać, niż się leczyć, wiec ugotujcie dzisiaj coś z zimowego repertuaru.





Składniki na 4 porcje:
  • 750 g karkówki cielęcej, 
  • 1 papryka czerwona,
  • 250 g czerwonej fasoli, 
  • 1/2 łyżeczki kuminu, 
  • 1 łyżeczka nasion kopru włoskiego, 
  • 2 łyżki oliwy z oliwek, 
  • sól morska.

Sos:
  • 1 duża cebula, 
  • 1 ząbek czosnku, 
  • 1 papryka czerwona, 
  • 2 pomidory, 
  • 1 mała cukinia, 
  • 1 szklanka bulionu warzywnego,
  • 100 ml białego wina,
  • 2 łyżki oliwy z oliwek, 
  • sól morska.
do podania: młode ziemniaczki z koperkiem, słodka papryczka.

Przygotowanie:

Zacząć od przygotowania sosu. Na dużej patelni z nieprzywieralną powłoką rozgrzać 2 łyżki oliwy. Cebulę posiekać i usmażyć na złoty kolor, pod koniec dodać czosnek przeciśnięty przez praskę i smażyć jeszcze 30 sekund. Paprykę, pomidory i cukinię umyć i pokroić w małe kawałki. Dodać do cebuli i dusić ok. 10 - 15  minut do miękkości. Warzywa przełożyć do kielicha blendera, wlać bulion i białe wino i zmiksować na gładki sos. Doprawić solą, jeśli jest taka potrzeba.

Teraz można zacząć przygotowywać mięso. Na suchej patelni podprażyć kumin i koper włoski. Po chwili ściągnąć z ognia i wlać oliwę. Karkówkę umyć i pokroić na małe kawałki. Mięso przesmażyć szybko na mocno rozgrzanej patelni, posolić. Przełożyć do dużego garnka z grubym dnem i zalać sosem. Dodać paprykę pokrojoną w grube pasy lub kwadraty i uprażone wcześniej przyprawy. Dusić na wolnym ogniu pod przykryciem ok. 1 godziny (aż mięso będzie miękkie i delikatne - jeśli potrzeba, można przedłużyć czas gotowania). Pod koniec dodać ugotowaną lub osączoną z zalewy fasolę. Całość dobrze wymieszać. Podawać na ciepło z młodymi ziemniaczkami i koperkiem.


Obecnie moja cała energia schodzi na planowanie naszej przerwy świątecznej (a właściwie to jej większość, to, co mi pozostaje idzie na regenerację ciężkich zakwasów). Do wyjazdu pozostało zaledwie 5 dni, więc z niecierpliwością monitoruję pogodę w Hiszpanii i dostosowuję ją do moich planów wycieczkowych. Niestety, jak się okazało do Alhambry nie pojedziemy, bo na blisko dwa miesiące do przodu są założone rezerwacje na każdy możliwy sposób, dzień i godzinę. Dla mnie nie jest to o tyle dotkliwa strata, że ja już widziałam ten zapierający dech w piersiach kompleks, ale niestety nie widział go mój tata. Jak widać, tym razem nie będzie mu to jednak dane. Za to być może przejdziemy Caminito del Rey, które właśnie zostało udostępnione dla turystów i spełnia warunki bezpieczeństwa. Dla tych, którzy nie wiedzą o czym mówię, mogą sobie kliknąć tutaj. Zapiera dech w piersiach, prawda?

Poza tym, naturalnie, przeznaczyliśmy cztery dni na ściganie procesji, wtapianie się w tłum i robienie zdjęć w Sewilli. Byłam tam już wiele razy, ale mimo wszystko cały czas chcę wracać. To miasto jest bardzo podobne do Krakowa - podobna wielkość, ilość mieszkańców, też stolica województwa na południu, oba nie mają dostępu do morza :). Sewilla tętni życiem, energią i czarem. Jedynym minusem jest to, że jest permanentnie pełna turystów. To prawda, że ja sama jestem turystką, ale nie taką. W Sewilli nie ma miejsca na tyle ludzi, nie mają, gdzie się podziać, plątają się jeden na drugim. Nie ma przestrzeni, w której mogliby się rozpłynąć.

Zostanie nam jeszcze plaża i chiringuitos. Najem się owoców morza, aioli i nawdycham słonej, morskiej bryzy. Zresztą podobno ukończono już budowę bulwaru łączącego kilka miejscowości na Costa del Sol, więc będę miała możliwość inhalowania się na rowerze. Tyle przyjemności, tyle wygrać!




sobota, 21 marca 2015

CHRUPIĄCA TILAPIA Z PIEPRZEM CYTRYNOWYM


Ryba z ryżem i zieloną sałatką, to jedna z częstych propozycji lunchowych, która pojawia się na moim stole. Jest śmiesznie szybka w przygotowaniu, bardzo smaczna i przede wszystkim bardzo dobrze zbilansowana. Jeśli w Waszym menu jest za mało ryb, to najwyższy czas to zmienić! Z pewnością wyjdzie Wam to na zdrowie.

Składniki na 2 porcje:
  • 300g filetów świeżej tilapii, 
  • 1/2 torebki ryżu jaśminowego, 
  • 4 duże garści roszponki, 
  • 1 łyżka oliwy z oliwek, 
  • 1 cytryna,
  • mąka ryżowa do obtoczenia ryby, 
  • sól morska, 
  • pieprz cytrynowy*.
* - jeśli nie macie gotowego pieprzu cytrynowego, użyjcie mieszanki świeżo zmielonego pieprzu ze skórką cytryny, której użyjecie w daniu. 


Przygotowanie:

Ryż jaśminowy ugotować i odłożyć. Rybę umyć i wytrzeć. Posolić i popieprzyć, obtoczyć w mące ryżowej. Smażyć na łyżce oliwy z oliwek, na średnio rozgrzanej patelni na złoty kolor. Tilapię podawać na ciepło, udekorowaną plastrem cytryny, z ryżem i roszponką, obficie pokropioną sokiem cytrynowym.


Tego typu dania, to typowy repertuar Alvaro na obiad i kolację (a przepraszam - wieczorem bez ryżu, podobno szkodzi na zęby...). To dzięki niemu zapałałam miłością do prostych dań w stylu przedszkolnym. Dla mnie byłyby zbyt proste, nie wysublimowane, takie... jak z książkowej diety (choć ryba nie na parze)... tyle bezsensownych oporów. Proste potrawy są po prostu przepyszne. Przecież nie codziennie jadamy rzeczy, których nazw nie umiemy wymówić. Od czasu do czasu każdy ma ochotę na przysłowiowego schabowego i buraczki. Nie ma też nic obciachowego w dzieleniu się przepisami na najprostsze potrawy - to one są bazową podstawą naszej kuchni, biblią, którą każdy zna na pamięć. Poza tym są wśród nas początkujący kucharze i też ci, szukający inspiracji dla zdrowych, smacznych i szybkich dań. Wszystkim Wam i innym obiecuję - rybka z ryżem? Będziecie zachwyceni, to danie nie tylko dla dzieci poniżej piątego roku życia.

Poza tym, jak już wspominałam takie kombinacje są bardzo zdrowe. Dużo uwagi poświęcam temu, aby na moim talerzu znajdowała się odpowiednia porcja białka i dużo zielonych warzyw. Jeśli nie jadacie ryb i mięsa możecie przyrządzać kotlety i burgery z warzyw strączkowych. Te także polecam obtaczać w mące ryżowej - są dzięki temu niesamowicie chrupiące i znacznie zdrowsze, niż typowe - z mąki pszennej. Nie polecam Wam natomiast przygotowywać ryb w mące, jajku i bułce tartej. Grube panierowanie nie wnosi żadnej rewelacji smakowej do dania, za to skutecznie zabijając delikatny smak białych ryb.


Tak przygotowana rybka będzie odpowiednia także do kanapek i na zimno - w sałatce. Jeśli decydujecie się na tilapię uważajcie - ma niewielkie ości. Przed włożeniem jej do bagietki koniecznie upewnijcie się, że pozbyliście się już wszystkich ości. Białą rybę polecam Wam także jako propozycję piknikową. Da się ją bardzo łatwo zapakować i do tego długo utrzymuje świeżość.

Tilapia - tak czy nie?

Z pewnością nie jest to ryba, która pod względem swoich wartości odżywczych przewyższałaby inne ryby. Wiele osób ma wątpliwości, co do jej pochodzenia i hodowli. Często mówi się także, tilapia nawet nie jest rybą (?). Ma ona jednak kilka zalet, dla których warto od czasu do czasu zaprosić ją na swój stół. Przede wszystkim, jest bardzo prosta w filetowaniu i nie posiada charakterystycznego "rybiego" zapachu, jest niskokaloryczna i zawiera sporo białka. Poza tym, tilapia nie zawiera dużo tłuszczu i ma bardzo niewiele ości. Do tego jest tania, w porównaniu z innymi rybami. To prawda, że traktuję ją trochę, jak uboższą kuzynkę innych ryb i zadaję sobie pytanie, dlaczego jeść coś, co ma mniej zalet, niż inne produkty z tej kategorii? Otóż: warto czasami zdecydować się na coś innego. Nie samymi łososiami żyje człowiek. A poza tym, od tilapii nikt jeszcze nie umarł, więc nie ma tematu. 

Smacznego!



czwartek, 19 marca 2015

KREMOWA ZUPA ZE SMAŻONYCH POMIDORÓW

Zupa pomidorowa w dzieciństwie była, obok pierogów, moim ulubionym daniem. Mogłam jeść ją na okrągło. W tej kwestii nic się nie zmieniło. Zmienił się jednak nieco gust. Teraz, zamiast rzadkiej, polskiej, mocno zabielanej pomidorki z toną makaronu wolę wyraźnie pomidorowy, puszysty krem z dodatkiem białego wina, robiony z całych, smażonych pomidorów. Co Wy na to?







Składniki na 4 porcje:
  • 5 dojrzałych pomidorów, 
  • 1 duża cebula, 
  • 1 ząbek czosnku, 
  • 1 łyżka oliwy z oliwek, 
  • 500 ml bulionu warzywnego, 
  • 100 ml białego, wytrawnego wina, 
  • 300 ml mleka ryżowego (można użyć dowolnego),
  • 1 łyżeczka oregano, 
  • 1/2 łyżeczki tymianku, 
  • sól morska.
do podania: jogurt naturalny, świeżo zmielony pieprz, oliwa z oliwek, bazylia, orzeszki piniowe.

Przygotowanie:

W garnku z grubym dnem rozgrzać oliwę. Cebulę obrać i pokroić, usmażyć na złoty kolor. Pomidory sparzyć i obrać ze skórki. Posiekać i dodać do cebuli. Smażyć na średnim ogniu ok. 5 minut. Czosnek przecisnąć przez praskę i dodać do pomidorów. Bulion i wino wlać do garnka. Dodać oregano i tymianek, posolić, jeśli potrzeba. Gotować 15 - 20 minut na wolnym ogniu. Na koniec dodać mleko i całość przelać do kielicha blendera. Zmiksować na gładki mus (zupa jest dość rzadka). Podawać na ciepło z jogurtem naturalnym, oliwą z oliwek, orzeszkami piniowymi, pieprzem i bazylią.


To idealna zupa dla koneserów. Smak wina doskonale przełamuje słodycz pomidorów, a mleko "zabiela" ją bez konieczności używania śmietany (zresztą jak kto woli). O ile macie gotowy bulion, przygotowanie zupy zajmie Wam mniej, niż 30 minut. Jest doskonałym pomysłem na błyskawiczny lunch lub lekką kolację. Jeśli nie dysponujecie bazowym wywarem, możecie użyć 1 ekologicznej kostki warzywnej, rozcieńczonej wodą. Natomiast, jeśli takiej nie macie, lepiej użyjcie samej wody, wtedy musicie jednak doprawić zupę nieco mocniej. 

Co ciekawe, wymyśliłam ten krem nie w trakcie kulinarnych wygibasów w Krakowie, ale w Madrycie. Jest to o tyle zabawne, że moje gotowanie w Hiszpanii, to wieczna walka z tym, czego nie ma. Jestem przyzwyczajona to lepiej, niż dobrze zaopatrzonej kuchni, gdzie tylko jeden rodzaj mąki czy brak tłuszczu kokosowego, to jakieś nieporozumienie; ale w Hiszpanii korona spada z głowy i gotuję z tego co jest. Tak było i pewnego zimowego wieczoru, kiedy za oknem nie było śniegu, jak zawsze, a ja czekałam na Alvaro sama w domu. Chciałam być tym, kim nie mogę być na co dzień i postanowiłam czekać z gotową, parującą kolacją na stole. Po szybkim zapoznaniu się z najgłębszymi zakamarkami kuchni, wiedziałam, że mogłam albo zamówić pizzę, albo zaserwować kanapki z szynką. Zdecydowałam się na opcję trzecią: freestyle, wszystko albo nic. 

Tak długo zbierałam składniki, aż doszłam do wniosku, że jestem w stanie zrobić zupę pomidorową. Efekt okazał się lepszy, niż się spodziewałam, a zupa uzyskała uznanie szerszego grona i na stałe weszła do naszego menu. Jedyna zmiana, którą tu wprowadziłam to dodatki. W oryginale, krem serwowałam z grzankami czosnkowymi z patelni, które doskonale uzupełniają tą wykwintną i niecodzienną zupę.